Zarejestruj się u nas lub też zaloguj, jeśli posiadasz już konto. 


Poprzedni temat :: Następny temat
Publikacje o kibicach
Autor Wiadomość
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2007-07-28, 23:55   

No Ptak troche namieszał w Szczecinie, a co gorsza dalej miesza. Skoro już przywołałeś osobę tego "człowieka" to należy skorzystać z okazji i mu nawrzucać ;)

Ptaszysko - kurwisko, życzę ci rychłej śmierci.

Ponoć Pogoń będzie grać w Aklasie 3 lub 4 lidze, w zależności od tego co wyniknie z planów recywidysty - Antoniego P, który jeszcze się ze Szczecina nie wycofał. Najprawdopodobniej będzie to IV liga. Dzisiaj wygrali 6:4 sparing z jakąś Vligową niemiecką drużyną.
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2007-08-18, 10:53   

Autor: Krzysztof Stanowski
Dziennik
Data: 2007-07-11
Tytuł: W Polsce nie ma pomysłu na chuliganów


Problem wrócił po zamieszkach w Wilnie
W Polsce nie ma pomysłu na chuliganów


Żenujące wydarzenia w Wilnie na pierwszy plan wypchnęły jeden z głównych problemów polskiej piłki - brak pomysłu, jak walczyć z chuligaństwem. Ci, którzy za tę walkę próbują się zabierać, zazwyczaj nie mają pojęcia, co chcą osiągnąć. No, chyba że - jak działacze PZPN - chcą tylko zarobić. Wówczas inwencja bywa spora - pisze DZIENNIK.

Z polską piłką nie jest tak źle, jak sugerują zdjęcia z Litwy. Nasze stadiony nie są tak niebezpieczne, by nie można było iść na mecz, nie ryzykując życia. Bywa całkiem sympatycznie - także na stadionie owianej teraz złą sławą Legii. Ale w tłumie rozśpiewanych, spokojnych ludzi kryją się ci, którzy nasz futbolu pogrążają - drobni przestępcy, kieszonkowcy, początkujący mafiosi, złodzieje samochodów, uliczni chuligani. Dla nich stadion to miejsce splatających się interesów i interesików. Miejsce, w którym nie są już ludźmi z marginesu, a wręcz przeciwnie - osobistościami. Co jakiś czas dają też znać, że tu są - pisze DZIENNIK.

Żaden polski klub nie zdołał pozbyć się tego problemu - mecze polskiej ekstraklasy to wciąż okazja do spotkań bandytów. Na jednym stadionie jest ich stu, na innym trzystu, ale wszędzie czują się komfortowo. Próba zamykania przed nimi bram stadionu to zajęcie mocno ryzykowne. I mało który klubowy działacz ma odwagę zmierzyć się z problemem. Bo przecież odpowiadać miał za rozwój sportowy klubu, a nie walkę z przestępczością zorganizowaną.

Chuligani swoją obecnością irytują wszystkich. Zdecydowana większość - dziewięćdziesiąt procent? - kibiców Legii jest przeciwko nim, bo niszczą wizerunek klubu, na który reszta fanów mocno pracuje. Ale nikt też nie chce iść na otwartą wojnę, bo po co nadstawiać karku w końcu w dość błahej sprawie, jaką jest futbol. Dlatego kibicowskie fora pełne są od głosów potępienia dla chuliganów, ale są to głosy anonimowe. Gdy zacznie się sezon i gdy trzeba będzie wygolonemu wyrostkowi powiedzieć coś wprost, wielu będzie wolało spuścić głowę. I nic dziwnego.

Walka z bandytyzmem to nie zadanie dla normalnych fanów. To rola klubów, które muszą sprawić, by chuligani na stadionach nie czuli się jak u siebie w melinie. Niestety, dopóki trybuny - brudne, zakratowane - bardziej przypominają wybiegi dla bydła, dopóty będą normalnych ludzi odstraszać. Kluby muszą zrozumieć, że dziś trzeba walczyć o widza, stworzyć mu warunki do miłego spędzania czasu. Bo jeśli ma wydać na bilet 30 złotych, to chce być godnie przyjęty. W kinie za tę cenę dostanie wygodny fotel, popcorn i napój, a na stadionie? Oplute krzesełko, zrujnowane schody i kilkumetrowe płoty. Lumpom to nie przeszkadza. A chyba to nie lumpami chcemy zapełniać obiekty?

Dla polskich klubów do tej pory jedyną metodą walki z chuligaństwem było podnoszenie cen biletów, podczas gdy jest to droga donikąd. Bo każdy klub ma zagorzałych fanów także wśród biedniejszej części społeczeństwa. Problem w tym, że dla bandyty zdobycie dodatkowych stu złotych miesięcznie nie jest żadnym problemem - jedno skradzione radio więcej - a dla uczciwego człowieka już tak.

Prezesi powinni skupić się raczej na tym, by trybuny przeprofilować - otworzyć się na ludzi z innych sfer. Zatrudnić kilkudziesięciu stewardów, którzy grzecznie i miło odprowadzają każdego na stałe, numerowane miejsce. Którzy z uśmiechem wręczą meczowy program, traktując kibiców z szacunkiem. Konieczne jest promowanie polskiej piłki - przez plakaty na mieście, spoty reklamowe. Doskonale zrobił to Lech Poznań, tworząc kampanię "Chcemy być lepsi". Na gigantycznych billboardach pokazano normalnych kibiców - młodego chłopaka, uśmiechniętą dziewczynę, rozentuzjazmowane dziecko. Zwykłych ludzi. I takich samych ściągnięto. Oni w swojej liczbie przytłoczyli napakowanych byczków. Po prostu trzeba polskiej piłce dorobić nową twarz - nie wykrzywioną z nienawiści, ale szczęśliwą.

W Legii po litewskiej kompromitacji istnieje ryzyko, że klub zamknie się przed światem, co będzie najgorszym wariantem. Bo właśnie teraz musi się otworzyć, jak nigdy wcześniej. Sprawić, by chuligani poczuli się naprawdę zepchnięci na margines. By widząc całą rzeszę nowych ludzi, zainteresowanych piłką nożną, chłonących to, co dzieje się na boisku, powiedzieli sobie - "To nie jest miejsce dla nas".

Zarazem - co oczywiste - wciąż trzeba monitorować, selekcjonować, rewidować, inwigilować, wlepiać zakazy stadionowe. Czas, by w kwestii bezpieczeństwa konsultować się z osobami, które w środowiskach kibicowskich wyrosły i wiedzą, w czym rzecz. Ktoś, kto nie był na meczu wyjazdowym, kto nie jechał pociągiem specjalnym, kto nie dostał za nic policyjną pałką, raczej nie zrozumie, czym kierują się fani.

Na razie Legia wprowadziła dla kibiców trzyletni zakaz wyjazdów. To akurat ruch raczej właściwy. Oczywiście - ucierpi cała masa niewinnych osób, rozkochanych w swoim klubie, mogących jeździć za nim na koniec świata, "wszędzie tam, gdzie nasza Legia gra". Ale też musimy pamiętać, że to wyjazdy nakręcają cały chuligański ruch w Polsce. To one są okazją do regularnych spotkań na stadionach i poza nimi. W pociągach, na dworcach, na ulicach. Dziś futbolowe chuligaństwo to prawdziwy biznes, z własnymi wydawnictwami, odzieżą. Ale wszystko to związane jest z podróżami na mecze wyjazdowe. I być może cała polska liga powinna zdecydować się na ten drastyczny ruch.

W całej tej walce z chuligaństwem odnaleźć nie może się PZPN. Nie wychodzi z żadnymi sensownymi inicjatywami, nie zatrudnia ani jednego człowieka, który miałby na ten temat pojęcie. Prześlizguje się po temacie, grożąc palcem, gdy coś się stanie, ale i nie przedstawiając programu naprawczego. Oczywiście, każdy klub powinien dbać o własne podwórko, ale nad całością pieczę winien sprawować związek. Jak to możliwe, że przez tyle lat nie doczekaliśmy się ani jednej istotnej reformy w najistotniejszej prawdopodobnie kwestii? Bez pełnych stadionów, ale z wygolonymi wyrostkami na brudnych trybunach, nasz futbol nie ruszy z miejsca.

Jedyne co przez ostatnie lata wymyślił związek, to plan, jak oszukać ludzi. Mamy przecież w pamięci aferę chipową, czyli niby niezły plan, jak stworzyć ogólnopolską bazę kibiców, a tak naprawdę przykrywkę do tego, by dać zarobić odpowiednim osobom. "Kiedy odzyskam swoje 25 złotych?" - piszą ludzie na internetowych forach, ale odpowiedzi nie dostają. DZIENNIK odpowiada - pewnie nigdy. Wyciągnięto od ludzi masę pieniędzy, tworząc system, który nigdy nie zadziałał i wreszcie został całkiem zarzucony. Odpowiedzialna została za niego mało znana firma, zatrudniająca byłych i przyszłych pracowników PZPN, mieszczącą się nawet przez moment w... centrali związku. Tak to ze związku wypłynęło co najmniej pół miliona złotych.

Niestety, PZPN zamiast z chuliganami walczyć, postanowił na nich zarobić. A co zrobią kluby?
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
gajek_
KS



Klub: LUBLINIANKA
Skąd: LUBLIN
Wysłany: 2007-08-18, 11:05   

Makary napisał/a:
No Ptak troche namieszał w Szczecinie, a co gorsza dalej miesza. Skoro już przywołałeś osobę tego "człowieka" to należy skorzystać z okazji i mu nawrzucać ;)

Ptaszysko - kurwisko, życzę ci rychłej śmierci.

Ponoć Pogoń będzie grać w Aklasie 3 lub 4 lidze, w zależności od tego co wyniknie z planów recywidysty - Antoniego P, który jeszcze się ze Szczecina nie wycofał. Najprawdopodobniej będzie to IV liga. Dzisiaj wygrali 6:4 sparing z jakąś Vligową niemiecką drużyną.


Pogoń Ptak wygrała też sparing z Widzewem Łódź 2:1
_________________
More Than The Trophies What Really Makes Me Happy Is Playing Football...
 
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2007-09-04, 18:54   

Jest tu kilka cennych spostrzeżeń:


Gazeta Polska
Jerzy Dudała

Pochwała lokalnej wspólnoty

W "Napoleonie z Notting Hill" G.K. Chesterton, wybitny anglosaski pisarz katolicki, oddaje hołd idei lokalnych wspólnot. Własny lokalny sztandar, lokalne barwy - rzeczy całkowicie niematerialne, lecz właśnie dlatego najważniejsze. Istotne na tyle, by warto było dla nich żyć i umierać. Dzisiaj wspólnoty takie - czy to się komu podoba, czy nie - tworzą piłkarscy kibice. Zamiast chorągwi mamy klubowe szaliki, lecz istota sprawy pozostaje taka sama. Solidarność z własnym klanem, cześć dla własnych, specyficznych symboli to znak rozpoznawczy współczesnego kibica.

W czasach komunistycznych jakże często stadiony należały do nielicznych, obok kościołów, enklaw wolności. Paradoksalnie, bo sport służyć miał przecież przez dziesięciolecia propagandzie sukcesów socjalizmu. Niedostrzeżenie przez komunistyczne władze zagrożenia, jakie stanowiły pozbawione ścisłej kontroli stadiony piłkarskie, stało się jednym z gwoździ do trumny PZPR. Telewizja musiała przerywać lub szatkować transmisje, bo ludzie skandowali "Solidarność" albo obrażali władzę. Na stadionach przekonywali się, że podobnie myślą inni. W takiej atmosferze kształtowało się również nowe poczucie wspólnoty lokalnej. Określenie "mój klub" wyznaczać zaczęło dumę z miejsca urodzenia; dumę, której nie było w stanie obudzić socjalistyczne państwo.

W artykule "Ojczyzna" Jerzy Jankowski wyraził opinię, że kibice to osobnicy "obwieszeni biało-czerwonymi szalikami", którzy chcą uchodzić za patriotów, zaś patrioci wśród młodych ludzi są "zupełnie gdzie indziej". Opinie takie rażą nieprawdziwością.

Po upadku systemu komunistycznego kibice przyczynili się do tworzenia patriotyzmu lokalnego, a podczas spotkań reprezentacji Polski do promowania więzi narodowej. Dziś ich wspólnoty, obecne także w niedużych miasteczkach, często stanowią ostatni bastion obrony przed trującym jadem politycznej poprawności.

Ludziom, którzy nigdy nie byli na meczu, stadiony kojarzą się wyłącznie z rozróbami. I tylko im. Przekaz medialny powoduje, że jeśli do zadymy dojdzie na jednym ze stu meczów, głośny będzie właśnie ten jeden. Reszty zwykły człowiek nie zauważy.

Istota systemu wartości kibiców to nadal solidarność (choć już przez małe "s") z własnym klanem, cześć dla własnych, specyficznych symboli. A człowiek, który potrafi żyć i szczerze uczestniczyć we własnej małej ojczyźnie, jest na najlepszej drodze, by odczuwać w stopniu większym niż ktokolwiek inny przynależność do wspólnoty wyższego rzędu - do całego narodu. Nie przypadkiem to wokół naturalnych lokalnych wspólnot skrystalizowały się pierwsze ogniska, pokazujące jedność narodowej wspólnoty po śmierci Jana Pawła II.

Myślę, że w razie wojny to owi pogardzani "chuligani", a nie ubrani w drogie garnitury yuppies, stanęliby dziś w pierwszym szeregu do walki w obronie ojczyzny. Więcej spośród tych drugich podpisałoby folkslisty lub lojalki - byleby pozwolić im korzystać z drogich sklepów i nie przeszkadzać w karierze.

W październiku 2005 r. zmarła legenda kibiców Lechii Gdańsk, Tadeusz Duffek - w latach 80. lider trójmiejskiej Federacji Młodzieży Walczącej, zasłużony dla walki o niepodległość, o których to zasługach wspominał marszałek senatu Bogdan Borusewicz.

Takich ludzi było i jest w całej Polsce setki, jeśli nie tysiące. Działania kibiców zaangażowanych patriotycznie wymieniać, można by długo. Kibice Legii, czczący pamięć Romana Dmowskiego i warszawskich powstańców, fetujący wizytę papieża Benedykta XVI; kibice Lecha Poznań, organizujący oprawę z okazji Czerwca 1956; przemyski Czuwaj, aktywnie uczestniczący w promowaniu harcerstwa i postaw patriotycznych.

Warto kibicować, warto utożsamiać się z jakimś klubem. Dlaczego? Dlatego, by związać się ze swoją małą ojczyzną. W czasach globalizacji, gdy przywiązanie do korzeni dla wielu przestaje być wartością, kibice z dumą podkreślają, skąd pochodzą

Kibica może zrozumieć tylko drugi kibic. Kibicowanie to nie tylko mecze, ale również sposób na życie. Jest fascynujące, że ludzie z różnych sfer utożsamiają się z danym klubem, miastem, regionem i jeżdżą na mecze z udziałem swoich zawodników, często narażając życie i zdrowie.
We wstępie swojej książki "Fani chuligani. Rzecz o polskich kibolach", która ukazała się w 2004 r., napisałem, że kibice są różni. Są wśród nich ludzie lubiący zadymy, są ultrasi (organizatorzy choreografii na trybunach, podgrzewający atmosferę) i wreszcie ci, którzy przychodzą na stadion dla samej gry. Ile osób na stadionie, tyle motywów pójścia na mecz. Dzięki meczom i całej otoczce im towarzyszącej można choćby na chwilę zapomnieć o pracy, wrednym szefie, codziennej szamotaninie czy kłopotach w domu.

Klub jest czymś wyjątkowym dla zagorzałych fanów. Przyciąga swoją magią, która bierze się z tradycji przekazywanych często z pokolenia na pokolenie, z legend traktujących o przygodach sprzed lat. Trudno to jednak opisać, to trzeba przeżyć. Przeciętnej osobie, nie interesującej się sportem, trudno zrozumieć kogoś, kto za własne pieniądze tłucze się po całej Polsce za swoim klubem. Dla kibica barwy czy herb klubowy stanowią świętość. Fenomen kibicowania trafnie przedstawił Wojciech Wencel, poeta i krytyk literacki, a jednocześnie zagorzały kibic Arki Gdynia. W jednym z wywiadów powiedział: "kibicowanie to mit, który poznaje się w dzieciństwie i od którego później trudno się uwolnić. To mit wiążący ludzi, podobny do wspólnoty narodowej czy regionalnej, ale jeszcze silniejszy. Jest to pierwotne, ale szlachetne. Kibiców przedstawia się jako chuliganów, ale tak nie jest". Zgadzam się z Wojciechem Wenclem. W przypadku kibicowania mamy do czynienia z nieopisaną magią, z niezwykłą atmosferą - kto jeździł na mecze, ten wie, o czym myślę. Kto nie jeździł, niech żałuje.

Zamiast powielać stereotypowe opinie, należałoby też dostrzec wartości, jakie niesie za sobą kibicowanie - bezinteresowne i całkowite oddanie swemu klubowi. Socjolodzy mówią o futbolizacji społeczeństw, zwracają uwagę, że dla wielu ludzi kibicowanie jest niczym religia. Fanatycznych kibiców znajdziemy zarówno w Europie (w Anglii - kolebce chuligaństwa stadionowego, w Holandii, Polsce, we Włoszech czy w Grecji), ale także w Argentynie czy Brazylii. Właśnie w Brazylii po spektakularnych porażkach drużyny canarinhos gwałtownie wzrasta liczba samobójstw. Z kolei kibice-chuligani z Argentyny zaliczają się do najbardziej niebezpiecznych w świecie. W Polsce ten typ kibica zaczął się pojawiać na stadionach na początku lat 80.

W przypadku niektórych klubów zarówno w Polsce, jak i za granicą można dostrzec pewną prawidłowość. Są bowiem kluby, które zawsze miały wśród licznych rzesz sympatyków również i wielu takich, którzy wdawali się w utarczki z innymi kibicami. Wystarczy wymienić takie kluby, jak Wisła Kraków, ŁKS Łódź, Zagłębie Sosnowiec, Legię Warszawa, Śląsk Wrocław, Ruch Chorzów, Lechię Gdańsk czy Arkę Gdynia. Z kibicami tych klubów wiążą się początki chuligaństwa stadionowego w Polsce. Nieco później w chuligańskich ekscesach zaczęli uczestniczyć kibice innych klubów, m.in. Jagiellonii Białystok czy Lecha Poznań.

Stereotypowa opinia mówi, że młodymi chuliganami sterują starsi kibole. To nieprawda, bo zazwyczaj jest wprost przeciwnie. Im ktoś młodszy, tym bardziej radykalny w poglądach. Obecnie najbardziej brutalni są młodzi kibice, mający kilkanaście lat. Często wchodzą oni w konflikt z kibicowską starszyzną, nie chcąc się jej podporządkować. Natomiast starsi, którzy już wiele widzieli i przeżyli, raczej ochładzają atmosferę na trybunach. Tego jednak media nie zauważają, bo wiadomo - agresja się lepiej sprzedaje. W gazetach dominuje postawa "niech się leją, a my to opiszemy". Przykładowo Stowarzyszenie Kibiców Legii Warszawa, na czele którego stoi jeden z bardziej znanych kibiców w Polsce Andrzej Piórkowski "Bosman", robi naprawdę pożyteczne rzeczy. Organizuje wyjazdy na mecze, także dla kibiców niepełnosprawnych, uczestniczy w obchodach rocznicy Powstania Warszawskiego, organizuje międzynarodowy turniej kibiców (przyjeżdżają nań co roku m.in. kibice holenderskiego Den Haag czy Juventusu, z którymi legioniści żyją w przyjaźni) czy też sprawia niespodzianki dzieciakom z domów dziecka, rozdając im klubowe gadżety bądź organizując spotkania z piłkarzami.

W Polsce o kibiców się nie dba, często traktuje się ich jak piąte koło u wozu. A przecież przy olbrzymiej korupcji środowiska piłkarskiego to właśnie kibice są najbardziej uczciwi. Oni kochają kluby bezinteresownie i wiernie trwają przy ukochanych barwach.

Myliłby się ten, kto uznałby, że dawniej kibicowskich zadym nie było. W PRL też dochodziło do stadionowych awantur, tyle że informacje o nich nie przedostawały się do mediów. Do jednej z największych doszło 9 maja 1980 r. w Częstochowie, gdzie mecz finałowy Pucharu Polski rozgrywały Lech i Legia. W dniu meczu Częstochowa stała się placem bitwy. W wyniku starć zginęła jedna osoba (według niektórych źródeł zabitych było więcej), a setki zostały ranne. W czasach PRL kibicowanie było zupełnie inne - wielu młodych ludzi kontestowało system komunistyczny i się mu przeciwstawiało. Wiele meczów, szczególnie tych rozgrywanych w Gdańsku, przeradzało się w antykomunistyczne demonstracje. Mecz często był tam tylko pretekstem do pokazania swoich przekonań i wykrzyczenia: "a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści", czy "precz z komuną". W tamtym okresie kibice gdańskiej Lechii często walczyli z zo-mowcami nie tylko podczas meczów, ale również w trakcie licznych demonstracji na ulicach Trójmiasta. Środowiska, które działały w podziemiu, wzajemnie się przenikały. Ludzie przychodzili na mecze Lechii, pod kościół św. Brygidy i pod stocznię. To właśnie były trzy gdańskie bastiony niepodległości. Zomowcy często wyżywali się na kibicach z Gdańska, m.in. urządzali im ścieżki zdrowia. Ale to nie było nic nadzwyczajnego, bo mundurowi zawsze traktowali kibiców Lechii wyjątkowo brutalnie.

Szczególnie dziś - warto kibicować, warto utożsamiać się z jakimś klubem. Dlaczego? Dlatego, by związać się ze swoją małą ojczyzną. Wszak kibic to prawie zawsze lokalny patriota, a czasem nawet lokalny szowinista. I bardzo dobrze, bo ten szowinizm może się z czasem wyciszyć, a miłość do klubu, a także do miasta i regionu pozostanie.
Bycie kibicem, fanem, fanatykiem, szalikowcem, kibolem - mniejsza o nazewnictwo - najczęściej wiąże się z uczuciem silnej przynależności do regionu, miasta. Jak w każdym obszarze - dla jednych jest to powierzchowne i niewiele znaczące, dla drugich istotne i mocne uczucie. I dla nich słowa "moje miasto" czy "mój klub" znaczą naprawdę bardzo wiele.

Oni często interesują się historią nie tylko swego klubu, ale także regionu, znają zarówno okoliczności sukcesów, jak i porażek, jakie odnosili zawodnicy ich klubu. Bo ten klub to właśnie oni - kibice, bo kluby bez kibiców to smutne i nikomu niepotrzebne twory. Przykładem choćby Amica Wronki, która była przedłużeniem struktur marketingowych producenta AGD. Producent ten niedawno usadowił się w Poznaniu, bo wie, że w Wielkopolsce ważny klub z ogromnymi tradycjami i tysiącami wiernych kibiców jest jeden - Lech.

W Warszawie, Łodzi, Krakowie, Zagłębiu Dąbrowskim czy na Górnym Śląsku jest podobnie. Spróbujmy sobie wyobrazić Legię Warszawa, ŁKS Łódź, Wisłę Kraków, Ruch Chorzów, Górnika Zabrze czy Zagłębie Sosnowiec bez ich fanów. Bez nich wiele z tych klubów pewnie już by nie istniało, nie przetrwałyby transformacji systemowej i wejścia w realia rynkowe. Bez kibiców klub może funkcjonować, ale trwa w letargu, cicho i bezbarwnie.

Natomiast klub mający oddanych kibiców, nawet gdy przechodzi kryzys i notuje beznadziejne wyniki - zawsze czuje ich wsparcie. Przejawia się ono na wiele sposobów, ale jest! I to ono właśnie decyduje o żywotności klubu.

Kibice Legii przed każdym meczem śpiewają "Sen o Warszawie" Czesława Niemena, uczestniczą w obchodach rocznic powstań narodowych i przekazują miłość do Legii i Warszawy młodszym rocznikom. Robią to, czym powinien też zająć się klub, bo władze Legii nie robią nic, by wychować sobie młode pokolenia kibiców. Wszystkim tym zajmują się fani - głównie za pośrednictwem Stowarzyszenia

Po awanturach w Wilnie władze klubu uderzyły w stowarzyszenie i zerwały z nim współpracę zamiast wspólnie zastanowić się, co zrobić, by nie dopuścić do podobnych incydentów w przyszłości. Stowarzyszenie nie organizowało wyjazdu do Wilna, mógł tam jechać każdy, a trudno winić członków stowarzyszenia za niedostateczne zabezpieczenie stadionu w Wilnie i naganne zachowanie gówniarzy w szalikach. Jednak teraz odpowiedzią ze strony władz klubu jest między innymi szykanowanie spokojnych kibiców za przewinienia typu odpalenie racy na stadionie. Widać, że władzom Legii - w przeciwieństwie np. do dbających o swych fanów władz Lecha Poznań - na kibicach zupełnie nie zależy.

Weźmy dumę regionu Zagłębia Dąbrowskiego - Zagłębie Sosnowiec; to prawdziwy ewenement. W 1993 r. ogłoszono upadłość i zlikwidowano klub. A kibice zostali, ba - na przekór przeciwnościom zaczęli tłumnie jeździć na mecze reprezentacji i spotkania zaprzyjaźnionej Legii, by wykrzyczeć: "było, jest i będzie - zawsze Zagłębie!". Gdyby w ogóle zatracili swą aktywność i nie interesowali się klubem, to możliwe, że paru pasjonatom z Leszkiem Baczyńskim na czele nie udałoby się go wskrzesić. Ale kibice się nie poddali, manifestowali przywiązanie do klubu i wykazywali, że ma on trwać i że na grę piłkarzy pod szyldem Zagłębia jest zapotrzebowanie.

Fani Legii każdego roku uczestniczą w obchodach rocznicy Powstania Warszawskiego, składają wieńce i zapalają znicze, na które sami zbierają pieniądze. Z kolei kibice sosnowieckiego Zagłębia stale zaznaczają swą całkowitą odrębność od Górnego Śląska, a kibice chorzowskiego Ruchu popierają, jak Kazimierz Kutz, też kibic Ruchu, ideę autonomii Górnego Śląska.

Póki szowinizm kibiców nie przeradza się w fizyczne ataki na przeciwników, należy go chwalić, a nie ganić. Powody do wszczęcia awantury mogą dziś być różne. I nie są tu potrzebne animozje między klubami, miastami czy regionami. Natomiast lepiej, by młodzi ludzie ultrasowali na stadionach, tworząc choreografie niosące z sobą konkretne treści, niż nudzili się pod blokiem i patrzyli tylko, komu spuścić manto.

Obecnie kibicowanie jest inne niż przed laty. Spontaniczny doping zastąpiły wyreżyserowane choreografie, przypadkowe awantury - umawiane bójki. Kibice mają też swoje pisma, np. tygodnik "Nasza Legia", miesięcznik "To my kibice" oraz pismo "To my kibice plus".
W Anglii ceną za zapewnienie bezpieczeństwa był odpływ wielu oddanych kibiców ze stadionów. Odpływ nie tylko chuliganów, ale też wiernych fanów. Rozmawiałem ostatnio z przeszło 40-letnim kibicem londyńskiej Chelsea. Powiedział, że normalni kibice nie chodzą już na Stamford Bridge, bo 50 funtów za bilet to przesada. Fakt - wyeliminowano chuliganów, ale wylano przy okazji dziecko z kąpielą.

Zniszczono bowiem niepowtarzalną atmosferę, charakterystyczną dla meczów rozgrywanych dawniej przez piłkarzy "The Blues". Opinię tę potwierdza Danny Dyer, aktor, odtwórca głównej roli w kultowym już filmie "Football Factory", a prywatnie zagorzały kibic londyńskich Młotów, czyli West Hamu. Wprawdzie w "Football Factory" zagrał fanatycznego kibica Chelsea, ale mówi, że taką po prostu ma pracę. Zapytałem go, jak jest teraz na stadionie Chelsea.

- To już nie to samo, co przed laty - odparł. - Na Stamford Bridge nie ma już tej atmosfery co kiedyś. Wysokie ceny biletów oraz różnego rodzaju obostrzenia odstraszają wielu zagorzałych fanów. Pod względem atmosfery zdecydowanie lepiej jest na Upton Park, stadionie West Hamu. Nie czuć tam na razie aż takiej komercji. W ogóle dzisiejsze kibicowanie mocno różni się od tego, co było na trybunach angielskich stadionów w latach 80. czy na początku lat 90. Jest bezpiecznie, ale atmosfera siadła.

No cóż, teraz najbardziej oddani fani Chelsea oglądają mecze w londyńskich pubach. Siedzą, patrzą tępo w ekran i wspominają stare dobre czasy. Te, kiedy nie było Abramowicza i jego pieniędzy, a w drużynie większość stanowili Anglicy. Oby w Polsce nie doszło do sytuacji, w której puby staną się najlepszym miejscem na oglądanie meczów na żywo.

Kibicowanie do tej pory jakoś broniło się u nas przed komercjalizacją. Także dzięki temu, że przed 1989 r. miało głęboki podtekst polityczny. Teraz, kiedy mamy kapitalizm i wolny rynek, także i kibicowanie mocno się zmieniło. Jest jakby nieco płytsze, bo już niepoparte kontestacją systemu i zaangażowaniem w walkę o wolność i "Solidarność". Ma to zarówno dobre, jak i złe strony. Ale to już odrębny temat.
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2007-09-28, 16:10   

Agnieszka Mazuś
Dziennik Wschodni
28 września 2007

Tyłem do murawy

Głowa ogolona na łyso, okulary w drucianej oprawce, czarne eleganckie buty w czub. Wcześniej odbieram maila z warunkami spotkania.



Mówią o sobie "chuligani". W ich ustach to komplement.

Nie ja je dyktuję - żadnych imion, nazwisk i pytań prywatnych. Więc nie pytam. Mamy rozmawiać o policji. Tylko dlatego zgodził się spotkać. Jako jedyny odpowiedział na wpis na forum kibiców Motoru. Mój post wisiał tam tylko kilka minut. Tyle czasu potrzebował administrator strony żeby go zauważyć i usunąć.
- W kodeksie chuliganów policja to wróg numer jeden. Na zachodzie jest inaczej, ale u nas to zło konieczne - recytuje gdy pytam o mundurowych.


Nigdy się nie zgłaszają

Kilka tygodni temu podczas spotkania Motoru Lublin z gdańską Lechią pół tysiąca kibiców okładało się pięściami na płycie boiska. Mecz przerwano, a rozmiary awantury przekroczyły możliwości firmy ochroniarskiej. Wtedy do akcji wkroczyła policja. Po meczu, gdy eskortowali kibiców z Gdańska na dworzec, doszło do kolejnej zadymy. W okolicach ul. 1 Maja na około pół godziny wstrzymano ruch.
Na oko jakieś 30-35 lat. O policji może rozmawiać godzinami: że traktują ludzi jak zwierzęta, upokarzają, prowokują, znęcają się. - Pamiętam, jak Lech Poznań jechał na Legię. Od policjanta kibice usłyszeli: Dobrze, że przyjechaliście, to wam Legia wpierdoli.
Jest też święcie przekonany, że mundurowi łamią prawo. - Teoretycznie wolno im strzelać tylko poniżej pasa. Myślisz, że się tym przejmują? Sam znosiłem człowieka, któremu wypłynęło oko. Potem go jeszcze oskarżyli o czynną napaść na policjanta.
Po stadionowych awanturach nie ma ofiar. Krew wsiąka w murawę, a izba przyjęć świeci pustkami. Poszkodowani boją się jechać do szpitala, bo stamtąd już tylko krok na komendę.
- Każdy kibic wie, że nie może zgłosić pobicia. Oni to zaraz zamienią na napaść na policjanta. Nawet jeśli leży na podłodze na komisariacie, a czarny depcze mu po palcach.



(Fot.: Tomasz Koryszko)


Gdzieś mamy wynik

Wynik meczu nie ma żadnego znaczenia. Śmieją się, gdy czytają, że "burdę wszczęli pseudokibice rozżaleni niekorzystnym wynikiem meczu”. Deklarują, że nie zrobią nic co może zaszkodzić klubowi. - Postrzegają nas jako bandytów, bydlęta. Ale my mamy swój rozum, potrafimy myśleć - przekonuje mój rozmówca. Tymczasem po ostatniej zadymie w Lublinie dwa mecze Motor rozgrywa bez udziału publiczności. Po jeszcze głośniejszej burdzie wywołanej przez kiboli Legii w Wilnie, stołeczny klub dostał zakaz gry w międzynarodowych pucharach. Na rok.

Tyłem do murawy

Karze się też kiboli, ale w Polsce dożywotnie zakazy stadionowe działają tylko na papierze. Są na to sposoby. Jeden z nich to "wjazd z bramą”, czyli obalenie krat siłą.
Sami mówią o sobie "chuligani”. W ich ustach to komplement.
- Nie jesteśmy bandytami. Z jednej strony się bijemy, nienawidzimy. Ale potem mówimy sobie "szacunek, że podjęliście walkę”
Są trzy rodzaje kibiców. "Ultrasi” dbają o oprawę i doping, "Pikniki” żyją wynikami. Trzecia grupa to "chuligani”. To co dzieje się na boisku kompletnie ich nie interesuje. - Równie dobrze możemy stać tyłem do murawy - rzuca mój rozmówca.
Dlaczego się bijecie?
- Jeden lubi chodzić na ryby, drugi lubi się bić.
Zwykle biją się na "ustawkach”, rzadziej na stadionach. Z drużyną przeciwną umawiają się przez telefon. Gdzieś poza miastem, w połowie drogi. Biją się ci, którzy potrafią: zawodowi ochroniarze, mistrzowie w sztukach walk, czasem wynajęte "kingkongi” z siłowni. Walczą, aż ktoś krzyknie, że ma dość. Tylko za pomocą rąk i nóg. Żadnych narzędzi.

Ustawka

W internetowym serwisie youtube na hasło "ustawka” wyskakuje 130 filmów. Pierwsza z brzegu: Zagłebie Lubin-Brest. Trawiaste boisko w jakimś parku. Po każdej stronie kilkunastu osiłków, większość bez koszulek. Podbiegają do siebie, kilku w pierwszej linii zalicza strzała z nogi przeciwnika. Potem w ruch idą pięści, rozpoczyna się regularna walka jeden na jednego. Ktoś leży, ktoś kogoś kopie. Po niespełna trzech minutach jest po wszystkim.
Po większej zadymie wertują gazety. Nie, nie po to by dowiedzieć się, co powiedział trener po przegranym meczu. Kibolom nic tak nie poprawia reputacji jak duża awantura. Jak w listopadzie 2002 r. po meczu z Cracovią czy we wrześniu 2005 r. po spotkaniu z Avią Świdnik.
- Byliśmy na czołówkach we wszystkich stacjach. Kilkunastu policjantów rannych, spalony radiowóz. To było coś!
Zależy dla kogo:
"Czy przez bandę BEZMOZGOWCÓW W DRESACH terroryzowane ma być całe miasto???”
"Strzelać ostrą amunicją. Od razu zrobi się bezpieczniej”
"Pałą po zębach i nie patrzeć. Oni są gorsi niż zwierzęta” - tak ostatnią zadymę skomentowali nasi czytelnicy na forum Dziennika Wschodniego.


Pierwsze piętro budynku przy ul. Grenadierów w Lublinie. Tutaj mieści się pokój dowódcy pododdziału prewencji. W szafie wielka czarna torba z podstawowym wyposażeniem: tarcza, kamizelka przeciwkamienna, ochraniacze, kask i pałka. Gdy pytam, dlaczego kibice tak bardzo ich nienawidzą, młodszy inspektor Witold Kieliszek, uśmiecha się. - Myślę, że to szukanie wroga pośredniego. Tłumaczenie swoich własnych pomysłów na życie - mówi. - My na stadiony wcale nie musimy jeździć. Wcale się do tego nie rwiemy. Idziemy tam, bo nam za to płacą. Każdy z własnym stresem, bo każdy ma dom i rodzinę.

Komitety powitalne

W policji rządzi ekonomia. Dlatego odchodzi się od sławnych konwojów kibiców, gdzie na mecz jechały 2-3 autokary, a za nimi ciągnął się sznur radiowozów. - Ostatnio na jednym z zabezpieczeń przejechaliśmy 4 tysiące kilometrów. Do tego trzeba doliczyć delegacje i nadgodziny dla funkcjonariuszy. Gdybyśmy wysyłali maksymalny stan policjantów, to samochody i paliwo zużylibyśmy bardzo szybko - tłumaczy Kieliszek.
Przed każdym meczem ustalają, ile kibiców przyjedzie i czego można się po nich spodziewać. Skąd to wiadomo? Wystarczy zajrzeć do Internetu. - Z zapowiedzi przed meczem z Lechią wynikało, że Motor będzie walczył wszędzie. I rzeczywiście, "komitety powitalne” pojawiły się na ul. 1 Maja. Niewiele brakowało żeby szklarze mieli pełne ręce roboty.

Sztachety "w promocji”

Do sklepu kibole wchodzą grupą. Pięciu kupuje, dziesięciu wynosi to na co ma ochotę. To tak zwana "promocja”. - Straty są tak duże, że właściciele sklepów i stacji sami je zamykają gdy tylko się dowiedzą o przyjeździe kibiców. A ci są w różnym stanie. Nie tylko emocjonalnym - dodaje dowódca prewencji.
Czasem zatrzymują się nie tylko w monopolowym. - Bywa, że po drodze robią zakupy w ogrodniczym: trzonki od łopat, widły. Kiedyś przy kibicach z Krakowa znaleźliśmy sztachety gwoździami.

Z pałką na kamienie

Że biją? Mówią, że nie mają wyjścia.
- Trudno, żeby w momencie kiedy trwa bijatyka, policjant podchodził i grzecznie zwracał uwagę: Przepraszam panów bardzo, ale zachowują się panowie bardzo niestosownie... Trudno też, by szedł z gołymi rękami tam, gdzie lecą kamienie - mówi dowódca.
Potem nikt się nie dziwi, że kibice nie zgłaszają się do szpitala.
- Oni najbardziej ze wszystkiego boją się identyfikacji. Jeśli zgłoszą się do lekarza to zostaje po nich ślad. Bo jeśli dostał, to gdzie? A jeśli rzuca płytą chodnikową w kierunku kordonu policji to jak to traktować, jeśli nie jak czynną napaść na funkcjonariusza?

Strzały znikąd

Broń gładkolufowa Mosberg to środek przymusu bezpośredniego. Przed użyciem oddawana jest salwa ostrzegawcza. Służy do rozproszenia tłumu. - To nie jest tak, że strzelamy we wszystko, co się rusza. Nie możemy sobie dowolnie biegać po murawie i strzelać. Tu nie ma desperatów, nikogo kto bierze do ręki pałkę i idzie pacyfikować ludzi.
Gumowy pocisk powinien trafić w umięśnione części ciała, nigdy w głowę, czy podbrzusze. Historia człowieka, który stracił w ten sposób oko wraca jak bumerang. Ale w nieco innej wersji.
- Na filmie wyraźnie widać, że dostał kulą w momencie kiedy schylał się po płytę chodnikową. Nie strzelamy żeby ich wyeliminować. Ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć zachowania człowieka w momencie oddawania strzału - podkreśla młodszy inspektor Kieliszek.

Z pozycji najemnika

Średnia wieku w pododdziale lubelskiej prewencji to 30 lat. Sprawni fizycznie. Ciągle szkolą się z posługiwania bronią, pałką i tarczą. Są na prawie każdym większym meczu w województwie, ale nie obserwują zmagań na murawie. Stoją za bramą i czekają. - Oczywiste jest to, że także policjant jest zestresowany. Ale jeśli ma się świadomość, gdzie idę i co się może zdarzyć, to po którymś razie ten stres powszednieje. Staramy się swoich ludzi do wszystkiego przygotować. Ale zawsze musi być ten pierwszy raz.
Najmniej doświadczonych stawia się w pierwszej linii. - Żeby zobaczyli, jak to wygląda - tłumaczy dowódca.
Z czasem uczą się obojętności. Na wyzywania od "skurwysynów” i "zomowców” reagują uśmiechem albo w ogóle.
Chłodna ocena sytuacji, żadnych emocji. Jak najemnicy.
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
gruby


Wysłany: 2007-09-29, 12:06   

Zapoznałem sie z tym artykułem i nadal sie zastanawiam PO CO tacy ludzie jak ten koles chodza na mecze? Sama gra go nie interesuje, robienie oprawy i zdzieranie gardła dla swojej ekipy również że juz o wyniku nie wspomnę WIEC CO? Jedyna siła jaka go przciaga na stadion to siła przemocy albo on kogos albo jego ktos(?) normalnie załamka :wow: Moim skromnym zdaniem ten facecik razem z kolegami powinien co tydzien ruszac na wiejskie wojarze tam napewno sie rozerwie ;)
 
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2007-11-09, 18:38   

Kibol i fajne dziewczyny

Rafał Stec

Paranoja na stadionach trwa, przybierając coraz bardziej surrealistyczne formy.

Bywalcy tzw. żylety, czyli najsławniejszej trybuny Legii Warszawa, kontynuują swój - jak go nazywają - protest, ale nie wystarcza im już "tylko" nie wspierać piłkarzy dopingiem. Znudzeni biegają po całym sektorze, wyśpiewują nonsensy o właścicielu klubu, który uratował go przed bankructwem, etc. Zapaskudzają widowisko, potwierdzając nie tylko moje przypuszczenia, że sportem się kompletnie nie interesują.

Ilekroć oglądam ich - osobników podających się za najwierniejszych fanów - żenujące popisy, nurtuje mnie pytanie, ilu spośród protestujących przeszkadza swojej drużynie z głębokiego przekonania, że czynią słusznie, a ilu ulega nielicznym prowodyrom - pragnącym utrzymać władzę przywódcom stada. Ulegających presji musi być sporo, oczywiście jeśli założyć, iż pierwotnym impulsem prowadzącym na stadion jest jednak fascynacja piłką nożną. Oni dają sobie namieszać w głowach albo są zastraszani i szantażowani. Tak się dzieje wszędzie, gdzie toczy się walka o kibicowski rząd dusz. Niedawno bliźniaczy do warszawskiego bunt zaordynowali kibolscy bossowie z mediolańskiego San Siro, na których zlecenie zamilkła słynna Curva Sud - sektor z łuku południowego, tradycyjnie zaludniany przez najwierniejszych sympatyków AC Milan.

Dowiedziawszy się o tym, zbaraniałem - jak można nie fetować Kaki?! - i tkwiłem w zbaranieniu dopóty, dopóki do włoskich gazet nie napłynęły listy od zniesmaczonych i zdesperowanych kibiców. Okazało się, że ci, którzy mimo akcji protestacyjnej spontanicznie intonowali dopingowe przyśpiewki, byli przymuszani do milczenia przez stadionowych bandytów. Bandytów w sensie dosłownym, bo często mających kryminalną przeszłość. To oni toczyli swoją prywatną wojnę, normalni kibice chcieli się bawić.

Mediolańscy kibole żądali wpływów z biletów oraz rozmaitych przywilejów dających im wpływ na politykę klubu. Ich pozycja osłabła, kiedy Milan zaczął stosować się do zaleceń tzw. dekretu Amato - prawa mającego oczyścić stadiony z agresji i przemocy, które od lat prowokują wokół stadionów krwawe incydenty, ale całą Italią wstrząsnęła dopiero śmierć policjanta Filippo Racitiego zabitego podczas derbów Sycylii. Włosi zabierali się za leczenie kibolskiej gangreny opieszale, ale kiedy się wreszcie zabrali, wybuchła prawdziwa wojna. Prezes Milanu Adriano Galliani usłyszał tyle pogróżek, że dostał całodobową ochronę.

Działaczom Legii bandyci też grożą, a łączących realia włoskie i polskie analogii jest znacznie więcej. "Żyleta" chce wymusić cofnięcie zakazu stadionowego nałożonego na jednego z kibicowskich wodzirejów, fani z Mediolanu bronili siedmiu kumpli aresztowanych za inspirowanie burd. Na tym samym San Siro piłkarze Interu zagrali w sobotę przy pustej Curva Nord (fanatycy nerazzurich siedzą na łuku przeciwległym do trybuny Milanu), bo tamtejsze władze po raz pierwszy w historii zamknęły pojedynczy sektor, karząc mediolańczyków za obraźliwe transparenty pod adresem mieszkańców Neapolu. Interiści zwymyślali gości z Napoli od gruźlików i nazywali ich miasto "rynsztokiem Italii", co notabene - choć nie jest najbardziej wytwornym sposobem wyrażania dezaprobaty - brzmi raczej niewinnie przy hasłach i symbolach typowych dla naszej ligi, czasem o proweniencji kryminalnej, czasem faszyzujących. W obu krajach część kibiców nie wyobraża sobie też meczów bez odpalania rac, choć w obu krajach wnoszenia na stadion pirotechniki zakazuje prawo.

Całość jest w istocie sporem o władzę. O to, kto wyznaczy styl kibicowania, kto wygra rywalizację między wulgarną, przepojoną nienawiścią ideologią traktowania meczów piłkarskich jak wojny plemienne a koncepcją przeobrażania stadionów w schludne kompleksy rozrywkowe. Pierwszy wariant zdominował i zrujnował reputację włoskiego calcio. Drugi najdoskonalej spełnia się w Anglii, która produkuje najbardziej spektakularne i najbardziej dochodowe rozgrywki ligowe świata.

My też musimy wybrać. Chcemy barbarzyństwa południowców, którym race najczęściej służą do dobrej zabawy, ale niekiedy spadają także na głowy piłkarzy? Czy wolimy cywilizowaną kibicowską kulturę wyspiarzy, którzy świetnie się bawią mimo braku petard i flag z jakże dobrze nam znanym, uroczym hasłem "Pozdrowienia do więzienia"? Lub innymi jego wariacjami - jak np. widziany w miniony weekend na obiekcie chorzowskiego Ruchu apel "Stop policyjnym konfidentom z GKS"?

Mecz Ruchu z Bełchatowem nie powinien się w ogóle rozpocząć, dopóki ten transparent wisiał na trybunach. Dla klimatów więzienno-kryminalnych na stadionach nie może być miejsca, podobnie jak nie może być go dla chuligaństwa, wandalizmu i agresji - nawet wulgaryzmy, pewnie nieuniknione, trzeba zepchnąć na margines.

Jakiś czas mój redakcyjny kolega Radek Leniarski prowadził krucjatę przeciw przesadnie wysokim cenom biletów na mecz Polska - Kazachstan. Wściekł się, kiedy za wejściówki dla niego i dwóch córek na trybunę krytą stadionu Legii PZPN zażądał tysiąca złotych. Wściekł się, bo nie przyszło mu nawet do głowy, że może kupić bilety na tańsze sektory. Jemu i wielu innym kibicom, którzy futbol oglądają tylko w telewizji, stadion kojarzy się z obyczajami zbyt rynsztokowymi, by zaprowadzić nań własne dzieci i posadzić w pierwszym lepszym miejscu. Oni nie chodzą na mecze nie dlatego, że się chuliganów boją. Dla nich niepójście to kwestia smaku.

Kiedy Radek wojował z PZPN-em, ja zwiedzałem ligę hiszpańską. Na Santiago Bernabeu i Camp Nou czułem się jak w multipleksie, na Mestalla w Walencji - prawie jak w multipleksie, ale największy szok przeżyłem na meczu Atletico Madryt - Osasuna Pampeluna. W polu mojego widzenia było więcej kibicek niż kibiców.

Tego potrzeba naszej lidze. Pozbycia się kiboli, do których trzeba dopłacać (bo np. kluby są wyrzucane z europejskich pucharów), a zdobycia prawdziwych fanów, którzy wstydziliby się przeszkadzać własnej drużynie. Rewolucji, po której na stadion będzie warto się wybrać - w razie niesatysfakcjonującego wyniku lub poziomu gry - choćby po to, by poderwać fajną laskę.
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2007-11-09, 18:39   

Odpowiedź Legii na powyższy artykuł: ( http://www.legialive.pl/n...Stec_Bzdur.html )

Stec Bzdur

Karol Nowakowski

List otwarty Karola Nowakowskiego w reakcji na tekst Rafała Steca z dnia 22 października 2007r. „Kibol i Fajne Dziewczyny”, Gazeta Wyborcza:
Pana blog opatrzony jest podtytułem: „Nie tylko o sporcie. Czasem ironicznie, czasem śmiertelnie serio. Zazwyczaj złośliwie. Zawsze bezkompromisowo.” Brakuje mi tu jednak sformułowania „nie zawsze prawdziwie”, gdyż teksty „nie o sporcie” i „złośliwe” często się z faktami mijają, bądź też fakty niewygodne dla autora przemilczają. Szkoda, że dotyczą one głównie kibiców czyli ludzi, których pan nigdy nie rozumiał i jak widać dalej nie rozumie.

„Kibol i Fajne dziewczyny” przypomina inne Pana teksty traktujące o podobnych sprawach. Wszystkie są pisane z pozycji loży prasowej i wszystkie są prezentacją „jedynie słusznego” stanowiska. To tak jakby dziennikarz został zaproszony przez jedną armię do swoich okopów i na podstawie zastanej tam rzeczywistości i korzystając z opowieści żołnierzy wizytowanej armii, opisywał okopy po drugiej stronie frontu i siedzących w nich przeciwników.

Szkopuł w tym, że sprawozdający nigdy nie pofatygował się na druga stronę frontu, a przeciwnika widział tylko przez lornetkę na chwilę wychynąwszy z okopów. Taki materiał już pozwala na „prawdziwe” frontowe korespondencje i wiwisekcję konfliktu.

Porównanie do wojny jest uzasadnione, ponieważ protest kibiców Legii Warszawa jest pokłosiem batalii wytoczonej przez zarząd i właścicieli klubu „chuliganom z Wilna”. Wojny, na której giną jednak nie wzmiankowani sprawcy zamieszek lecz kibice.

Zacznijmy od tego fragmentu:

„*Bywalcy tzw. żylety, czyli najsławniejszej trybuny Legii Warszawa, kontynuują swój - jak go nazywają - protest, ale nie wystarcza im już "tylko" nie wspierać piłkarzy dopingiem. Znudzeni biegają po całym sektorze, wyśpiewują nonsensy o właścicielu klubu, który uratował go przed bankructwem, etc. Zapaskudzają widowisko…”

Bywalcy, tzw Żylety i tzw Krytej (mam nadzieje nie damy się podzielić - pomimo istniejących różnic w ocenie sytuacji i podejmowanych działaniach) nie są znudzeni. Jesteśmy za to wielce zdeterminowani. Zdeterminowani by stanąć w obronie tego, czym jest dla nas kibicowanie, czym jest wolność człowieka, który sam z nieprzymuszonej woli wspiera swój klub. Nie wspieramy? A co Pan powie, np. o postawie 450 osób w Poznaniu, które swym dopingiem zagłuszały znaczną część wypełnionego do ostatniego miejsca stadionu przy ul. Bułgarskiej? Brak opraw, dopingu na Łazienkowskiej szokuje, ale jednocześnie pokazuje, ze konflikt jest realny i niekoniecznie wszystkie racja są po jednej stronie. Tym bardzie nie po tej jedynie słusznej...

Pana opis ignoruje istotę sporu, a wtedy łatwo pokazać wszystko jako czysty nonsens. Ale czy model kibica preferowany przez zarząd klubu nie jest wydumanym nonsensem? Nie zakładajcie Panowie Komentatorzy, że kibic to debil z piwem w ręku. Załóżcie chociaż na moment, że zdarza się również człowiek myślący, a nawet z poczuciem humoru. Przykłady? Ot taki: http://legia.tv/photos08j/08lks1_f66.jpg . Z pozoru nonsensowny happening, ale jak się zajrzy głębiej to i dowcipu i myśli dopatrzyć się można. Nie ma wulgaryzmów, ani noży, ani nawet narkotyków – choć to są ponoć standardowe akcesoria o których mówią „Walterowcy” . Słynny już okrzyk „Walter! CO?! Mordo Ty Moja” został nazwany przez członka zarządu KP Legia „żartem rynsztokowym”, a osobie, która intonowała taki okrzyk zagrożono zakazem stadionowym. To dopiero paranoja. „Właściciel klubu, który uratował go przed bankructwem” nie staje się z tego powodu nietykalny... Dobre uczynki powinny być docenione, ale nie mogą eliminować możliwość krytyki uczynków złych. Mariusz Walter nigdy nie pałał miłością do nas, co i rusz dając do zrozumienia, że się nas pozbędzie. Każdą metodą.

Niesławne wydarzenia z Wilnie wywołały natychmiastową, choć nieco chybioną, reakcję klubu. Wszyscy kibice zgadzają się, wbrew temu co zarząd klubu stara się pokazać, że dla osób biegających po murawie Vetry nie powinno być miejsca na Legii. W poszukiwaniu i karaniu (co niezbyt to się klubowi udaje), włodarze zapędzili się w ślepą uliczkę...

Wylano dziecko z kąpielą. Nie znając sprawców właściwych, pozbyto się przy okazji (nomen omen) Nieznanych Sprawców – grupy organizującej doping na Legii (niech Pan zajrzy co oni potrafią http://www.nieznanisprawcy.com/ ). Skorzystano, ze starej sprawdzonej metody wrzucenia do jednego worka prawd, półprawd i kłamstw. Przy okazji zakazów stadionowych dla „ekipy wileńskiej” nałożono kary na tzw. ultrasów (w tym kobiety! „laski” jak Pan mawia) za to, ze odpalili na meczu race. Race, których wykorzystanie klub akceptował, a z podjętych ustaleń później się wycofał. Co więcej w prowadzonej sprawie przedstawiciele, klubu zeznawali, że takiego porozumienia nie zawierali.

Kibic, gdy jest potrzebny, np. przy okazji lobbingu na rzecz nowego stadionu jest „ziomalem”, a jak już nie jest potrzebny to się nazywa go „bandytą i dilerem”.

Wiec o co walczymy? Nie o władzę, nie o pieniądze, ale:

- o piłkę nożną dla kibiców;

- o traktowanie kibica nie jako intruza i źródło kłopotów, ale pełnoprawnego uczestnika meczu;

- o możliwość prowadzenia zorganizowanego dopingu na Legii, co jest niemożliwe, gdy dla niektórych ultrasów utrzymywane są zakazy stadionowe i to pomimo braku prawomocnego wyroku;

- o pełne, rozśpiewane, kolorowe stadiony, nie będące jednak „schludnymi kompleksami rozrywkowymi”. Na schludnych stadionach, które Pan się chętnie powołuje często jest letnio i nijako;

- o jednolite i jasne stosowanie zgodnych z obowiązującym prawem reguł zarówno dla kibiców jak i pracowników klubu.;

- o możliwość swobodnego poruszania się po kraju w celu dopingowania własnej drużyny. Klub nałożył tzw. zakaz wyjazdowy na grupy zorganizowane i dokłada strań by takie grupy nie zasiadały i nie kibicowały swojej drużynie na stadionie przeciwnika, rozsyłając do klubów listy z danymi osób, zaliczanymi do uznaniowej kategorii „persona non grata”.

- o zaprzestanie traktowania kibiców w taki sam sposób jak klientów, widzów widowiska rozrywkowego odbywającego się w multipleksie.

Dalej pisze Pan tak:

„Drugi najdoskonalej spełnia się w Anglii, która produkuje najbardziej spektakularne i najbardziej dochodowe rozgrywki ligowe świata. (...) Czy wolimy cywilizowaną kibicowską kulturę wyspiarzy, którzy świetnie się bawią mimo braku petard i flag...”

Na Wyspach wprowadzono zaostrzone, przepisy prawne, zainwestowano w infrastrukturę (tu tez tak trzeba! – od tego zacznijmy!), na stadionach jest spokój. Względny spokój bo nie zawsze się pokazuje, ale dochodzi tam do bójek, a śpiewy okraszone wulgaryzmami nie sa rzadkim zjawiskiem. Jak Angole popiją w swoich pubach, albo jak pojadą za granicę to robią awanturę i o nich głośno co oznacza, że zastosowane instrumenty nie doprowadziły do fundamentalnej zamiany nastawienia i sposobu bycia angielskich fanów. W tym Waszym wyśnionym Albionie, jak sędzia „krzywo” gwiżdże to cale sektory, również rodzinne, krzyczą: bastard, twat, wanker, fuck, co oznacza wedle Pana „cywilizowaną kibicowską kulturę wyspiarzy”. Oni racami, flagami się nie interesowali nigdy, więc nic im nie trzeba było zabraniać. Oni „odpalają race” wskazującym i środkowym palcem pokazując „up yours” tym, co chcieliby ich pozbawić możliwości śpiewania swych dumnych i pełnych przekleństw pieśni, bez względu na to czy są to najbardziej dochodowe rozgrywki świata czy też „mecz o pietruszkę ” w 8 lidze. Zawsze chodzi o futbol dla kibiców.

Kolejny fragment:

„Tego potrzeba naszej lidze. Pozbycia się kiboli, do których trzeba dopłacać (bo np. kluby są wyrzucane z europejskich pucharów), a zdobycia prawdziwych fanów, którzy wstydziliby się przeszkadzać własnej drużynie. Rewolucji, po której na stadion będzie warto się wybrać - w razie niesatysfakcjonującego wyniku lub poziomu gry - choćby po to, by poderwać fajną laskę.”

Kary w europejskich pucharach to nie jest powód do chwały, ale też kary nie są domeną kibiców Legii. Płacą je również inne kluby - spójrzmy na zachowania kibiców holenderskich, włoskich czy też kibiców hiszpańskich. Druga strona jest taka, że 4 tys. kibiców Legii dopingowało drużynę na meczu w Wiedniu, w taki sposób, że austriaccy komentatorzy, trenerzy, dziennikarze, kibice zazdrościli Legii ze ma takich fanów. Tylko czy warto o tym pisać? Efektowniej jest eksponować to, że została nałożona kara, za race albo jeszcze lepiej, o karze bez podania z jakiego powodu została nałożona. Race to rzecz sporna, ale sugeruję zapoznać ze stanowiskiem Ogólnopolskiego Związku Stowarzyszeń Kibiców: http://www.lech.poznan.pl...aracja_ozsk.htm

Na koniec od dopingu i „laskach”. Gdy drużyna przegrywa, chodzi o to by podnieść ją dopingiem, a nie obracać się do stojącej obok „laski”. Gdy piłkarze „grają piach” czasami trzeba im powiedzieć im co się o tym myśli. „Kibole” na Ł3, nawet teraz nie zajmują się „laskami”. Możemy i chcemy pomagać drużynie, ale nie chcemy kar za to, że się jest
kibicem Legii. My też chcemy silnej Legii, ale nie za cenę bycia częścią „hiszpańskiego multipleksu”.

Zapraszam na Żyletę. Czasem ironiczną, czasem śmiertelnie poważną, niekiedy złośliwą. Zawsze bezkompromisową. To szansa na korespondencję z "okopów", znajdujących się po drugiej stronie frontu i okazja by przez lornetkę popatrzeć na... lożę prasową.
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2007-11-09, 18:42   

Polemiki ciąg dalszy:



Debata "Kibole kontra kibice". Stec odpowiada "Żylecie"

Rafał Stec



Pełne, rozśpiewane, kolorowe stadiony - pycha, o tym marzę - pisze Rafał Stec

Cały list znajdziecie tutaj ( http://www.legialive.pl/n...Stec_Bzdur.html ), ja cytując jego fragmenty pominę przytyki osobiste, które niczego nie wnoszą do sprawy. Czynię tak ze względu na ograniczoną wytrzymałość objętościową bloga. (W cytatach z Nowakowskiego zachowuję pisownię oryginalną.)



Nowakowski: "Bywalcy, tzw. Żylety i tzw. Krytej (mam nadzieje nie damy się podzielić - pomimo istniejących różnic w ocenie sytuacji i podejmowanych działaniach) nie są znudzeni. Jesteśmy za to wielce zdeterminowani. Zdeterminowani by stanąć w obronie tego, czym jest dla nas kibicowanie, czym jest wolność człowieka, który sam z nieprzymuszonej woli wspiera swój klub. Nie wspieramy [drużyny - red.]? A co Pan powie, np. o postawie 450 osób w Poznaniu, które swym dopingiem zagłuszały znaczną część wypełnionego do ostatniego miejsca stadionu przy ul. Bułgarskiej? Brak opraw, dopingu na Łazienkowskiej szokuje, ale jednocześnie pokazuje, ze konflikt jest realny i niekoniecznie wszystkie racja są po jednej stronie. Tym bardzie nie po tej jedynie słusznej...

Pana opis ignoruje istotę sporu, a wtedy łatwo pokazać wszystko jako czysty nonsens. Ale czy model kibica preferowany przez zarząd klubu nie jest wydumanym nonsensem? Nie zakładajcie Panowie Komentatorzy, że kibic to debil z piwem w ręku. Załóżcie chociaż na moment, że zdarza się również człowiek myślący, a nawet z poczuciem humoru. Przykłady? Ot taki: http://legia.tv/photos08j/08lks1_f66.jpg . Z pozoru nonsensowny happening, ale jak się zajrzy głębiej to i dowcipu i myśli dopatrzyć się można. Nie ma wulgaryzmów, ani noży, ani nawet narkotyków - choć to są ponoć standardowe akcesoria o których mówią "Walterowcy" . Słynny już okrzyk "Walter! CO?! Mordo Ty Moja" został nazwany przez członka zarządu KP Legia "żartem rynsztokowym", a osobie, która intonowała taki okrzyk zagrożono zakazem stadionowym. To dopiero paranoja. "Właściciel klubu, który uratował go przed bankructwem" nie staje się z tego powodu nietykalny... Dobre uczynki powinny być docenione, ale nie mogą eliminować możliwość krytyki uczynków złych. Mariusz Walter nigdy nie pałał miłością do nas, co i rusz dając do zrozumienia, że się nas pozbędzie. Każdą metodą.

Odpowiedź: Mój opis ponoć "ignoruje istotę sporu", ale powyższy tekst również jej nie definiuje. Stanowi raczej dyskusję z nieistniejącym wrogiem. Ja nie wspominałem bowiem ani słowem, że kibice Legii NIE dopingowali piłkarzy na stadionie Lecha. Jeśli kibicowali, to OK, fajnie, oby tak zawsze. Pisałem o meczach przy Łazienkowskiej, gdzie czasem "tylko" nie było dopingu, a czasem doping zastępowała jakaś dziwaczna bieganina od jednego końca trybuny do drugiego. Moim zdaniem to piłkarzom przeszkadza, zresztą sami się skarżyli. A jeśli Legii zabraknie do mistrzostwa punktów straconych w meczu z Odrą? Kto wie, może by ich nie stracili, gdyby dostali wsparcie - moim zdaniem w normalnych czasach fantastycznie gorące - od Żylety?

O tym, jaki model kibicowania preferuje zarząd klubu, ani z jego przedstawicielami, ani z właścicielami klubu nigdy nie rozmawiałem, więc nie wiem, czy jest "wydumanym nonsensem". Mój pogląd brzmi: na stadion może przyjść każdy, kto akceptuje regulamin klubu i polskie prawo. Idąc dalej - nigdy nie nazwałem kibiców debilami z piwem, nigdy nie kwestionowałem ich prawa do posiadania poczucia humoru, nie uważam Mariusza Waltera za nietykalnego, nie zabraniałem go krytykować, nie wyrażałem swojego stosunku do okrzyków "Walter! Mordo ty moja" etc. Czuję się trochę, jakbym udowadniał, że nie jestem wielbłądem, ale OK, obiecałem skrajną życzliwość. Co do mojej wizji kibicowania pozwalam sobie zacytować fragment własnego felietonu , który raczej przez oburzonych cytowany nie jest:

"Mojego entuzjazmu nie wzbudza nieco teatralna widownia barcelońskiego Camp Nou czy madryckiego Santiago Bernabeu, wolę uporczywy jazgot legijnej "Żylety", która z łatwością zagłuszyłaby leniwy pomruk hiszpańskich gigantów. Ale mimo wszystko przedkładam dostojnie niemrawe brawa owych "pikników" nad chamstwo twardogłowych kiboli. Nad czytanie opowieści dziewczyny, dla której wizyta na stadionie to trauma. Owszem, chcę ogłuszającego zgiełku szalikowców, ale nie chcę płacić zań tolerancją dla niepohamowanego chamstwa i agresji, które niekiedy - rzadko, ale jednak - przeradzają się w zawstydzające nas wszystkich skandale jak tamten wileński. Nie chcę na stadionie wersalu, akceptuję niewybredną opryskliwość kibicowskich środków wyrazu, zniosę nawet nieuniknioną wulgarność przyśpiewek, ale granice muszą istnieć. W Polsce, niestety, nie istnieją."



Nowakowski: Niesławne wydarzenia z Wilnie wywołały natychmiastową, choć nieco chybioną, reakcję klubu. Wszyscy kibice zgadzają się, wbrew temu co zarząd klubu stara się pokazać, że dla osób biegających po murawie Vetry nie powinno być miejsca na Legii. W poszukiwaniu i karaniu (co niezbyt to się klubowi udaje), włodarze zapędzili się w ślepą uliczkę...

Wylano dziecko z kąpielą. Nie znając sprawców właściwych, pozbyto się przy okazji (nomen omen) Nieznanych Sprawców - grupy organizującej doping na Legii (niech Pan zajrzy co oni potrafią http://www.nieznanisprawcy.com/) . Skorzystano, ze starej sprawdzonej metody wrzucenia do jednego worka prawd, półprawd i kłamstw. Przy okazji zakazów stadionowych dla "ekipy wileńskiej" nałożono kary na tzw. ultrasów (w tym kobiety! "laski" jak Pan mawia) za to, że odpalili na meczu race. Race, których wykorzystanie klub akceptował, a z podjętych ustaleń później się wycofał. Co więcej w prowadzonej sprawie przedstawiciele, klubu zeznawali, że takiego porozumienia nie zawierali.



Odpowiedź: Legia - jak informuje - nałożyła kary za konkretne przewinienia, wyszczególnione w klubowym regulaminie i/lub polskim prawie: odpalanie i wnoszenie rac, wchodzenie na obiekt po pijanemu, pobicie kibica etc. Niektórym obłożonym w ostatnich miesiącach sankcjami (tym, którzy wyrazili skruchę i gotowość poprawy na rozmowie dyscyplinującej) kary łagodzono. Kibicowski zapiewajło dostał szlaban, bo organizowane przez niego oprawy były wykorzystywane dla przemycania na trybuny zabronionych rac (schowanych w drzewcach flag oraz systemie nagłośnienia). Sam też został ukarany przez sąd za odpalenie racy grzywną, a obecnie trwa kolejny proces, bowiem policja się odwołała i żąda nałożenia nań zakazu uczestniczenia w imprezach masowych.

Co do rzekomych nieformalnych porozumień między klubem a kibicami w sprawie rac: gdyby się rzeczywiście zdarzyły, to Legia zachowała się karygodnie, zezwalając na łamanie prawa. Ale fakty są takie, że klubowy regulamin zakazuje wnoszenia pirotechniki na stadion.



Nowakowski: Wiec o co walczymy? Nie o władzę, nie o pieniądze, ale:

- o piłkę nożną dla kibiców; (Ja też, tyle że nie dzielę ich na prawdziwych kibiców i godnych pogardy pikników, obie grupy szanuję tak samo. Nie szanuję tylko kiboli, których zdefiniowałem w swoich felietonach. Nie szanuję, bo oni nie szanują nikogo - ani piłkarzy, ani kibiców wyznających inną filozofię kibicowania - i w ogóle nie interesują się piłką.)

- o traktowanie kibica nie jako intruza i źródło kłopotów, ale pełnoprawnego uczestnika meczu; (Zgadzam się w 100 proc.)

- o możliwość prowadzenia zorganizowanego dopingu na Legii, co jest niemożliwe, gdy dla niektórych ultrasów utrzymywane są zakazy stadionowe i to pomimo braku prawomocnego wyroku (Za zorganizowanym dopingiem tęsknię, ale ultrasów łamiących regulamin trzeba karać. Prawomocny wyrok nie jest potrzebny. Awanturujących się w knajpie też się wyrzuca, nie czekając na żaden wyrok.)

- o pełne, rozśpiewane, kolorowe stadiony, nie będące jednak "schludnymi kompleksami rozrywkowymi". Na schludnych stadionach, które Pan się chętnie powołuje często jest letnio i nijako; (Pełne, rozśpiewane, kolorowe stadiony - pycha, o tym marzę. Uważam jednak, że w schludnych kompleksach rozrywkowych nie musi być letnio i nijako. Gdzie tu sprzeczność? Jak jest schludnie, to się nie da dopingować?)

- o jednolite i jasne stosowanie zgodnych z obowiązującym prawem reguł zarówno dla kibiców jak i pracowników klubu. (100 proc. poparcia.)

- o możliwość swobodnego poruszania się po kraju w celu dopingowania własnej drużyny. Klub nałożył tzw. zakaz wyjazdowy na grupy zorganizowane i dokłada strań by takie grupy nie zasiadały i nie kibicowały swojej drużynie na stadionie przeciwnika, rozsyłając do klubów listy z danymi osób, zaliczanymi do uznaniowej kategorii "persona non grata". (Nikt nikomu nie zabrania jeździć po kraju. A szlaban na wyjazdy jest dla mnie całkowicie zrozumiały po skandalu w Wilnie - Legia nie może brać odpowiedzialności za zorganizowane wyjazdy, jeśli inne kluby nie kontrolują, kogo wpuszczają na swoje obiekty. A jeśli wpuszczą ukaranych za zadymę w Wilnie? Skandale o tej skali zdarzają się na szczęście rzadko, ale się zdarzają. I nigdy nie wiadomo, kiedy dojdzie do niego następny raz. To zresztą były okoliczności nadzwyczajne - jeśli zakaz wyjazdów jest drastyczny, to jak nazwać wyrzucenie klubu z pucharów?)

- o zaprzestanie traktowania kibiców w taki sam sposób jak klientów, widzów widowiska rozrywkowego odbywającego się w multipleksie. (Nikt tak samo nie chce ich traktować. W kinie nie można skakać, tańczyć, śpiewać, ryczeć, skandować nie zawsze eleganckich haseł etc. Stadiony potrzebują zupełnie innych reguł, ale ich potrzebują.)



Nowakowski: Na Wyspach wprowadzono zaostrzone, przepisy prawne, zainwestowano w infrastrukturę (tu tez tak trzeba! - od tego zacznijmy!), na stadionach jest spokój. Względny spokój bo nie zawsze się pokazuje, ale dochodzi tam do bójek, a śpiewy okraszone wulgaryzmami nie sa rzadkim zjawiskiem. Jak Angole popiją w swoich pubach, albo jak pojadą za granicę to robią awanturę i o nich głośno co oznacza, że zastosowane instrumenty nie doprowadziły do fundamentalnej zamiany nastawienia i sposobu bycia angielskich fanów.

W tym Waszym wyśnionym Albionie, jak sędzia "krzywo" gwiżdże to cale sektory, również rodzinne, krzyczą: bastard, twat, wanker, fuck, co oznacza wedle Pana "cywilizowaną kibicowską kulturę wyspiarzy". Oni racami, flagami się nie interesowali nigdy, więc nic im nie trzeba było zabraniać. Oni "odpalają race" wskazującym i środkowym palcem pokazując "up yours" tym, co chcieliby ich pozbawić możliwości śpiewania swych dumnych i pełnych przekleństw pieśni, bez względu na to czy są to najbardziej dochodowe rozgrywki świata czy też "mecz o pietruszkę " w 8 lidze. Zawsze chodzi o futbol dla kibiców.

Odpowiedź: Sam Pan pisze, że na stadionach w Anglii jest "względny spokój". Tego chcę, niczego więcej. A rozróby Anglików za granicą i w pubach to odmienny problem - do rozwiązania przez policję, nie kluby. Mnie interesuje stadion. Co do rac, to wojnę wydali im właśnie nawet Włosi, a u nich są one - w przeciwieństwie do Wyspiarzy - bardzo popularne. Tylko w miniony weekend aresztowano w Neapolu kilku kibiców wnoszących je na stadion.



Nowakowski: Kary w europejskich pucharach to nie jest powód do chwały, ale też kary nie są domeną kibiców Legii. Płacą je również inne kluby - spójrzmy na zachowania kibiców holenderskich, włoskich czy też kibiców hiszpańskich. Druga strona jest taka, że 4 tys. kibiców Legii dopingowało drużynę na meczu w Wiedniu, w taki sposób, że austriaccy komentatorzy, trenerzy, dziennikarze, kibice zazdrościli Legii ze ma takich fanów. Tylko czy warto o tym pisać? Efektowniej jest eksponować to, że została nałożona kara, za race albo jeszcze lepiej, o karze bez podania z jakiego powodu została nałożona. Race to rzecz sporna, ale sugeruję zapoznać ze stanowiskiem Ogólnopolskiego Związku Stowarzyszeń Kibiców: http://www.lech.poznan.pl...aracja_ozsk.htm

Odpowiedź: Jeśli chuliganią inni, to nie znaczy, że nie będę potępiał chuliganienia w Polsce. A co do rzekomego "eksponowania" burd, to uważam ten zarzut za - wybaczy Pan - wybitnie kuriozalny. Gazety miały wywalić czołówki, że część kibiców zachowywała się OK., a schować informację, że mistrza Polski wyrzuca się z międzynarodowych rozgrywek? Co do sporu wokół rac i przywołanego stanowiska Ogólnopolskiego Związku Stowarzyszeń Kibiców, to o możliwości lobbingu za zmianą ustawy sam wspomniałem w poprzednim wpisie . Póki jednak obowiązuje obecna ustawa, to nie ma dyskusji: twarde prawo, ale prawo.



Nowakowski: Na koniec od dopingu i "laskach". Gdy drużyna przegrywa, chodzi o to by podnieść ją dopingiem, a nie obracać się do stojącej obok "laski". Gdy piłkarze "grają piach" czasami trzeba im powiedzieć im co się o tym myśli. "Kibole" na Ł3, nawet teraz nie zajmują się "laskami". Możemy i chcemy pomagać drużynie, ale nie chcemy kar za to, że się jest kibicem Legii. My też chcemy silnej Legii, ale nie za cenę bycia częścią "hiszpańskiego multipleksu".

Odpowiedź: Znów polemizuje Pan z wymyślonym wrogiem. Nikt Panu nie nakazuje odwracać się do stojącej obok "laski". Kiedy wspominałem o tych fajnych dziewczynach, chodziło mi tylko o to, by one też nie bały się/wstydziły/brzydziły chodzić na stadion. Nie jestem takim okrutnikiem, by odbierać kobietom prawo do pasjonowania się futbolem. Dlatego żadnego napisanego słowa nie wycofuję. I jeszcze jedna oczywistość: nikt nikogo nie karze za bycie kibicem Legii.
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2007-11-09, 18:43   

Gazeta Wyborcza

Fanka Wisły Kraków wspomina hit z Legią



Jestem jedną z tych "fajnych lasek", które lubią od czasu do czasu pojawić się na stadionie. Z racji zamieszkania i rzecz jasna klubowych sympatii jest to stadion krakowskiej Wisły - żeby była jasność, z perspektywy jakiego kibica piszę.

Oto jak wygląda mój wypad na Wisłę.

Jeszcze zanim dotrę na stadion, przechodzę obok grupek "kibiców", którzy najprawdopodobniej na trzeźwo nie są w stanie "kibicować", ledwo wdrapują się na trybuny. A policja później się dziwi, że rozróba, że awantura, że chuligani? Zamiast przed samym meczem kilku (dziesięciu?) takich delikwentów na izbę wytrzeźwień... Przejdźmy dalej - stoję w megakolejce, a panowie dwie głowy wyżsi ode mnie z całym wyuczonym chamstwem pakują się przede mnie. Ale OK, po jakimś czasie udaje mi się wejść. Z moim biletem, na którym widnieje cena prawie 50 zł (tak było na Wisła - Legia w rundzie wiosennej), udaję się z duszą na ramieniu na swoje miejsce, na którym zastaję skończonego buraka, który na grzeczną prośbę o opuszczenie mojej miejscówki reaguje w taki sposób, że nie wypada cytować.

Rozglądam się - ochroniarza nie widać... Trudno. Znajduję więc jakieś inne miejsce i modlę się, żeby do rozpoczęcia meczu nikt się nie zjawił. Miejsce jest kiepskie, bo wiadomo - dobre wolne nie zostają. A przecież, do cholery, zapłaciłam za MOJE dobre miejsce. Mecz się zaczyna, obok nas pojawia się nagle 30-osobowa grupka 14-15-latków, którzy zajmują schody i wiszą na barierkach - połowy boiska nie widzę, chyba że stanę na moim krzesełku i podskoczę. Widzę, że pojawia się ochroniarz. Patrzy na gnojków stojących w niedozwolonym miejscu, ale ma sprawę gdzieś. Mecz się zaczyna. Do ochroniarza podejść nie można, bo wspomniane wcześniej dzieci blokują całe przejście. W przerwie udajemy się do niego, a on po raz kolejny się rozgląda, po czym... ucieka.

Cóż, małe niedogodności, że nie widzę kawałka boiska. Drobiazgowa nie jestem, cieszę się z meczu, kibicuję. I teraz przejdźmy do pozostałych kibiców - fajnie, śpiewy, fala, robi się gorąco, 3:1 dla nas. Wszystko jak najbardziej w porządku.

Nagle kibole wrzucają na boisko jakieś race czy inne gów** i mecz jest przerwany. Później cały (prawie...) stadion skanduje: "Legia to stara k****" i inne epitety, też na inne kluby. A prasa rozpisuje się o "fantastycznej atmosferze na stadionie".

Ludzie, przecież to jest dramat, dno, kanał i szambo. Rozumiem, że chamstwo musi się gdzieś wyżyć, ale czemu przez nich normalny człowiek nie może spokojnie pójść na mecz? Czemu tylko dla nich mamy rezerwować stadiony? Po co te ciężkie miliony na ich budowę w takim razie? Tacy ludzie mogliby równie dobrze bawić się na trybunach ziemnych albo w błocie, przynajmniej wygląd by to wszystko miało adekwatny do treści. Kibole muszą przestać rządzić na stadionach, i kropka. Do tego te kretyńskie rozgrywki między "kibicami" a zarządami klubów, na których nikt nic nie zyskuje, tylko widowisko traci, klub traci, piłkarze tracą... że już nie wspomnę o chamskim traktowaniu piłkarzy, którzy np. zmienili pracodawcę (patrz zachowanie kibiców wobec Emiliana Dolhy na Wisła - Lech). Tak więc pora zacząć to zmieniać, nie przestańmy uznawać takie zachowanie za standard. Jak to się ma do prawdziwego kibicowania, do sympatii dla klubu, piłkarzy, jak to się w ogóle ma do sportu?
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2008-04-05, 12:29   

Wyborcza

Prezydent Białegostoku, kibic Widzewa

Jako zastępca prezydenta Białegostoku Tadeusz Arłukowicz na co dzień pilnuje, by w mieście rozwijał się sport, a Jagiellonia wkrótce mogła grać na pięknym stadionie. Prywatnie jest jednak wielkim fanem łódzkiego Widzewa, z którym białostoczanie zmierzą się w sobotę

Emilia Romaniuk: Gdzie pan będzie w sobotę po południu?

Tadeusz Arłukowicz wiceprezydent Białegostoku: - Oczywiście w Łodzi, na meczu. Moi znajomi wiedzą, że od lat jestem wielkim kibicem Widzewa. Zamierzam zagrzewać piłkarzy do walki. To już czwarty mecz tej drużyny, w którym będę uczestniczył w tym roku [z pięciu - red.].

Dlaczego nie kibicuje pan naszej Jagiellonii, tylko Widzewowi?

- Moja miłość do tej drużyny zaczęła się w latach 70., kiedy klub ten był w bardzo dobrej kondycji. Boniek, Janas, Surlit to byli idole. Ulokowałem wtedy swoją sympatię w Widzewie i trwam w tym do tej pory. W kibicowaniu, tak jak w życiu, jestem konsekwentny. Nieważne, w której lidze gra moja drużyna, wierny kibic jest ze swoim klubem na dobre i złe. I ja właśnie do tych stałych w uczuciach i wiernych kibiców się zaliczam.

Pana syn gra w Jagiellonii. Czy on też będzie na meczu?

- Nie. On ma dużo zajęć i treningów, zostanie w Białymstoku. Ale nie dochodzi między nami do spięć - jeżeli o to chce pani zapytać. Mój syn jest kibicem, więc doskonale rozumie moje zamiłowanie do Widzewa. On ma swój szalik, ja mam swój, każdy trzyma kciuki za swoją drużynę.

A od współpracowników nie słyszy pan żadnych uszczypliwości, że zamiast "Jaga" krzyczy Pan "Widzew"?

- Nie. Zresztą w kibicowaniu łódzkiemu klubowi nie jestem osamotniony. W Białymstoku i jego okolicach nie brakuje osób, które tak jak ja zawodników Widzewa darzą ogromną sympatią.

Czy nie będzie pan trochę rozdarty podczas sobotniego meczu?

- Trochę na pewno. Kibicuję Widzewowi, ale Jagiellonię darzę sympatią. Chciałbym, żeby naszemu klubowi dobrze się wiodło. Dlatego jako wiceprezydent dokładam wszelkich starań, byśmy w Białymstoku mieli profesjonalny stadion. Koordynuję budowę boisk szkolnych, by już najmłodsi nabierali zamiłowania do sportu.

Jest pan kibicem gadżeciarzem? Kolekcjonuje pan szaliki, proporczyki z barwami łódzkiego klubu lub wycinki prasowe? Może z któregoś z meczów przywiózł pan zdobyczną flagę?

- Nic z tych rzeczy. Mam klubowy szalik i to mi wystarczy. Bardziej niż w zbieranie gadżetów angażuję się w kibicowanie: na trybunach śpiewam, krzyczę i w ogóle reaguję bardzo emocjonalnie.

W którym sektorze pan będzie siedział? Wiadomo, że na stadionie Legii najzagorzalsi kibice siedzą na "żylecie", na łódzkim stadionie siadają "pod zegarem".

- Ja tam nie siadam. Moje miejsce to sektor "piknikowy", środek trybuny "C". Ale przy tej okazji muszę zaznaczyć, że kiedy tylko mogę, walczę ze stereotypem, że na mecze chodzą same łobuzy. Ja ilekroć uczestniczę w tym sportowym widowisku, zawsze dobrze się bawię, gorąco dopinguję i czuję wręcz rodzinną atmosferę.

Na koniec najważniejsze. Wynik?

- Nie jestem wróżką. Myślę jednak, że w Widzewie jest większa determinacja do walki o punkty. Poza tym łodzianie zagrają u siebie, dlatego obstawiam 2:0 dla Widzewa. Bardziej niż na wygraną liczę jednak na dobre sportowe widowisko. Mam nadzieję, że obie drużyny pokażą, co potrafią i tym samym obronią dobre imię sportu. Mecz wszak odbędzie się w czasie, kiedy atmosfera wokół piłki nożnej - po licznych doniesieniach o korupcji - nie jest zbyt czysta.
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2008-04-18, 13:59   

Autor: Piotr Lisiewicz
Źródło: Niezależna Gazeta Polska


Ja, kibol

Pamiętam, jak w latach 90. "Polityka" przygotowywała ociekający krwią materiał o kibicach na okładkę. Przywódca kibiców Lecha Poznań objaśnił jej dziennikarzom, że fani tej drużyny stosują niezwykle nowoczesne metody chuligańskie. W czasie meczu Lecha specjalnie przeszkolone psy przenosiły do sektora gości telefony komórkowe (wówczas rzadkość), by można było kulturalnie zadzwonić i umówić się na bijatykę. Dziennikarze "Polityki" opisali powyższe jako odkrycie ich wstrząsającego dziennikarskiego śledztwa. Zadrżały czytające gazetę salony przerażone wizją, że i pod ich drzwiami zaszczekać może kiedyś przeszkolony pies z telefonem komórkowym w zębach.
Nie muszę pisać, że z kawału kibica, który zakpił z dziennikarzy pragnących przedstawić go jako tępego dresiarza, płakała w tym czasie ze śmiechu cała kibicowska Polska. Minęło kilkanaście lat i w pisaniu o kibicach niewiele się zmieniło. Niedawne liczne teksty "Gazety Wyborczej" o strasznych kibolach czy artykuł w "Polityce" "Piłka i pałki" to nadal czysty Monty Python.

Jak działa medialny Matrix

Trudno mi się wczuć w sytuację czytelników tego tekstu, którzy ani sami nie chodzą na mecze, ani nie mają kibica w rodzinie czy wśród przyjaciół. Medialny obraz kibiców nie ma bowiem nic wspólnego z rzeczywistością.
Zapewne stadion to dla niektórych z Państwa miejsce, w które nie poszliby Państwo nigdy w życiu. Bo ponoć ciągle dochodzi tam do bijatyk i awantur wywoływanych przez pijanych, łysych osiłków, którzy demolują wszystko, co stanie im na drodze. Być może na tym wizerunku pojawiła się u Państwa jakaś drobna rysa, znak zapytania. Ot, np. kiedy kibice organizowali marsze po śmierci Jana Pawła II. Albo jeśli mają Państwo kibica w dalszej rodzinie. I okazuje się być nie jakimś mutantem, a człowiekiem mającym dwie nogi i ręce, z pozoru - pewnie doskonale się kamufluje - całkiem sympatycznym.
Sam także należę do takich osobników. Chodzę na mecze od lat 80. i nigdy nie spadł mi włos z głowy, chyba że w wyniku postępującego łysienia. To telewizja wymyśla te awantury? - zapytają Państwo. Nie, nie wymyśla. Rzecz jednak w proporcjach.
Powiedzmy, że awantura wybucha na jednym na sto meczów. Wtedy Państwo, nie interesując się sportem, dowiadują się tylko o tym jednym. Pozostałe 99 spokojnych meczów opisanych zostaje w nieczytanych przez państwa serwisach sportowych. Ten jeden - na czołówce. Oczywiście w sposób odpowiednio sensacyjny, żeby czytelnik kupił gazetę. Kupuje więc i nabiera przekonania, że na stadionach trwa non stop horror. Tymczasem w stu meczach kibic uczestniczy średnio przez trzy lata.

Spytają Państwo: więc ten jeden mecz na sto byłby jednak dla nas niebezpieczny? Moja odpowiedź brzmi: także ten jeden mecz jest w 99 proc. przypadków zupełnie dla widza bezpieczny. Dlaczego? Jeśli np. na stadionie bije się 40 ludzi, a 10 tys. siedzi spokojnie, to dla mediów tematem jest tych 40, a nie pozostałe 10 tys. Zbliżenia wykrzywionych twarzy, zdjęcie osiłka kopiącego innego osiłka... W sam raz na czołówkę.
Bywa tak, że te pozostałe 10 tys. o strasznym zagrożeniu, które według mediów przeżyli, dowiaduje się... po powrocie do domu. Bo w czasie meczu nawet nie zauważyli, że gdzieś 100 m dalej doszło do bójki. Jak się ktoś nie pcha do bójki, to nie obrywa.
Znaczy to, że na meczu nie są Państwo wcale mniej bezpieczni niż na ulicy. Proste? Tak, ale nieefektowne dla mediów, bo to się nie sprzeda. Skąd więc wrażenie, że do awantur dochodzi ciągle? Cóż, co weekend w całej Polsce rozgrywane są, licząc z niższymi ligami, tysiące meczów. Dałoby się więc epatować jeszcze większą liczbą awantur, tylko że nie do każdej wioski docierają kamery.

Cdn.
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2008-04-18, 14:00   

Cd.


Jak zostałem kibolem

Tytuł "Ja, kibol" to oczywiście mała prowokacja z mojej strony. Taki jednoosobowy protest wobec głupot wypisywanych przez moich kolegów dziennikarzy dzielących kibiców na tych dobrych i złych - właśnie "kiboli". Tak naprawdę nie czuję się wielkim kibolem - nie mam na swym koncie ani rekordowej liczby meczów wyjazdowych, znam też dziesiątki, jeśli nie setki, ludzi, którzy zrobili więcej dla mojego klubu. Ale myślę, że te ponad 20 lat chodzenia na mecze uprawnia mnie do zabrania głosu w czasie, gdy robią to ci, którzy są stanie uwierzyć w psa z komórką w pysku.

Była połowa lat 80., kiedy jako uczeń szkoły podstawowej, na początku w tajemnicy przed rodzicami, zacząłem chodzić na mecze poznańskiego Lecha. Mało kto pamięta dziś, że kibice nosili wówczas przeważnie długie włosy i modne było wśród nich słuchanie muzyki heavy metal. Chodziłem oczywiście tam, gdzie najmniej bezpiecznie. W sektorze pod zegarem, nazywanym "kotłem", rządził wówczas mający posłuch wśród kibiców lider Cygan.
Pierwsza wyprawa na mecz wyjazdowy? Pamiętam jak dziś. 1988 r. Finał Pucharu Polski w Łodzi, mecz Lech - Legia. Trofeum to znaczyło wtedy dużo więcej niż teraz. Wygraliśmy w karnych 3:2. Bohaterem był bramkarz Ryszard Jankowski, który obronił dwa karne. Potem był start w europejskich pucharach i dwa mecze ze słynną Barceloną trenowaną przez legendarnego Johanna Cruyffa. Na wyjeździe remis 1:1. U siebie - Lech wygrywał 1:0. Barcelona wyrównała. Potem karne, w których Jankowski znów świetnie bronił i Lech prowadził. Napastnik Bogusław Pachelski podbiegł do piłki. Wystarczyło jedno łatwe, udane kopnięcie i byłaby największa sensacja w historii polskiej klubowej piłki nożnej. Pachelski nie trafił. Takich przeżyć się nie zapomina, zwłaszcza, jeśli się ma 16 lat.
PRL wywierał oczywiście wtedy wpływ na atmosferę na stadionie. To po meczu, maszerując ul. Grunwaldzką, pierwszy raz znalazłem się w tłumie skandującym "Solidarność", a potem, na widok milicji: "MO-gestapo" czy "Znajdzie się pała na dupę generała". Poznaniacy bojkotowali oczywiście Gwardyjskie Towarzystwo Sportowe Olimpia. Nawet gdy - u końca PRL - Olimpia zajęła piąte miejsce w pierwszej lidze, wszyscy kibicowali słabszemu wtedy Kolejorzowi. I śpiewali: "Golęcin, Golęcin, piękna okolica, żeby nie milicja, byłaby stolica". Co do pięknej okolicy, to zresztą prawda.

W szarzyźnie PRL stadiony należały do nielicznych enklaw wolności. Tak w Polsce, jak i w innych krajach regionu. Dla młodszych czytelników: to był czas, w którym każda działalność musiała być pod kontrolą władzy, niezależnie, czy chodziło o zbieranie znaczków, czy o słuchanie muzyki. Władze początkowo nie doceniły ruchu kibicowskiego. Towarzysz Aleksander Oskin, I sekretarz Ambasady ZSRR w Polsce, mówił w 1988 r. na łamach młodzieżowego pisma "Zarzewie": "Dopóki byli to na przykład kibice piłkarscy, którzy z miłości do swojej drużyny nosili takie jak ona koszulki, emblematy - nie widziano powodów do niepokoju. A to był właśnie moment, kiedy Komsomoł powinien stanąć na czele tych grup i nadać im prawidłowy kierunek rozwoju".
Dziś, w 2008 r., ludzie polskiego odpowiednika Komsomołu rozdają karty w PZPN. W ruchu kibicowskim to im się nie udało.

Z synkiem w klubowych barwach

Chyba na początku lat 90. kibice ścięli włosy (nie znaczy to, że zostali skinami - w moim mieście skinów było może 30). Ja nie ściąłem, przez co - w połączeniu z moimi pierwszymi happeningowymi wyskokami - odgrywałem w "kotle" Lecha niezbyt nobilitującą rolę maskotki. Gdy wracałem z meczu autobusem linii 93, tradycyjnie namawiany byłem do deklamowania napisanego przeze mnie w wieku 15 lat, w pierwszej klasie liceum, wiersza pt. "Autobus".

Sięgając pamięcią do tamtych czasów, przypominam sobie całą galerię postaci, z którymi miałem okazję spotykać się w "kotle". Co robią dziś? Wspomnę najpierw o kilku, o których głośno. Jeden z nich należy do grona najpopularniejszych w Polsce raperów. Nie czuję się znawcą gatunku, ale trochę jego tekstów znam. Zostawiając na boku ideologie - niektóre z tych o mieście, dzielnicy, ludziach wydają mi się bardzo trafne. To zresztą nie jedyny raper z dawnego "kotła". O innym wiem, że uprawia ostry sport walki. Po różnych kolejach życiowych zapracował w nim na duże sukcesy. Niektórzy znaleźli pracę w klubie, w tym na kierowniczych stanowiskach. Nie potrafię szczegółowo ocenić ich pracy. Cóż. polska piłka to bagno. Ale mogę powiedzieć jedno - porównując okres, kiedy oni pojawili się w klubie i wcześniejsze rządy przeróżnych "działaczy" rodem z PRL, gołym okiem widać, że nowi, choć startowali z o wiele gorszych pozycji, popchnęli sprawy do przodu. No i potrafili dogadać się z kibicami, przez co w Poznaniu stadion jest pełen, a od jakiś kilkunastu lat nie było na nim żadnej rozróby.

Przestępcy? Tak, znałem i takich, o których przeczytałem potem, że trafili do mafii. Taką ofertę miała III RP dla młodych, dobrze zbudowanych ludzi. Ton mediów, z którego można by wywnioskować, że to kibice, a nie byli esbecy założyli mafię oraz że na mecze mojej drużyny chodzi 20 tys. mafiozów, wydaje się być jednak mimo wszystko lekką przesadą.

Setki tych, o których nie jest głośno, spotykam dziś nadal pod stadionem. Niektórzy przychodzą na mecz z młodym synkiem ubranym w klubowe barwy. Czasem, kiedy czekam przed meczem na tramwaj, stojąc na przystanku, któryś trąbi i zabiera mnie do swojego samochodu. Z tymi co przychodzą bez potomstwa, mogę napić się pod stadionem (oczywiście, łamiąc wszelkie możliwe zakazy) piwa.

Przekrój zawodowy? Nie będę precyzyjny, o tym nie rozmawia się dużo. Nie jestem jedynym dziennikarzem w tym gronie. Są tacy, co skończyli studia, inni mają firmy, jeszcze inni pracują jako robotnicy. Z najbliższych znajomych? Jeden jest rysownikiem satyrycznym, inny ma kiosk z gazetami, następny pracuje jako motorniczy, inny robi w markecie.
Domyślam się, że większość kolegów dziennikarzy kiepsko łapie o czym opowiadam. To taki dziwny świat, panie redaktorze. Ani pracujący fizycznie nie wydziwia tu nad bardziej wykształconym, że frajer (no chyba że na to zasłuży swoim pozerstwem). Ani bardziej wykształcony nie wydziwia nad robotnikiem, że na czymś się nie zna (no chyba że zachowa się jak prymityw). Może przesadziłem - pewnie czasem obaj trochę czasami wydziwiają, ale w żartach, przez cały czas czując się jedną rodziną.

Cdn.
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2008-04-18, 14:01   

Cd.


"Wiele złego, bójki były"

O latach 90. rymuje ten, co został raperem: "Znam ekscesy stadionowe / Wszystkie te miejsca okropnych wojen / Pamiętam, co było dużo adrenaliny / Chłopak co ma dużo siły wiele złego, bójki były". Psycholog powiedziałby, że dla moich roczników tamte wydarzenia były odmianą zjawiska starego jak świat. Pierwsza wojenna ścieżka, na którą wyruszał Indianin, pierwsza wyprawa wojenna młodego rycerza... Otaczająca rzeczywistość nie dawała zbyt wielu propozycji przeżycia w sposób cywilizowany i w zgodzie z prawem podobnych, poszukiwanych w młodym wieku atrakcji i doświadczeń.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ludzie, którzy przeszli przez ruch kibicowski, są dziś jacyś normalniejsi. Niewolne od patologii kibicowanie wpajało jednocześnie wartości, których nie uczyło ani chore państwo, ani serwujące głupkowatą popkulturę media. Szkoła, uczelnia? Cóż, dawała mniejszą lub większą wiedzę. Ale nader często wychowywała karierowiczów i konformistów.
Kibicowanie nie dawało kasy, zmuszało do zdzierania gardła i całodziennego tłuczenia się pociągami, by dojechać na mecz na drugim końcu Polski. Uczyło przy tej okazji bezinteresownej przyjaźni, patriotyzmu, miłości do lokalnej wspólnoty, nonkonformizmu - wobec tych, co chcą nam coś dla własnej korzyści narzucać, odwagi, fantazji czy choćby poczucia humoru.
Że było to wychowanie kulawe i niedoskonałe? OK, tyle że rzeczywistość nie oferowała lepszych propozycji. Brak dziś przedwojennych odpowiedników Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół" czy Strzelca. Choć działają, są niewielkie, nie otrzymują wsparcia od autorytetów. Instytucja łącząca patriotyczne wychowanie z zawodami sportowymi - to pachnie dziś w oczach autorytetów bojówką.
Moje doświadczenie całkiem prywatne - kiedy później trzeba było organizować jakieś ideowe inicjatywy, nieprzynoszące szybkich pieniędzy i kariery, jak Liga Republikańska czy Akcja Alternatywna Naszość, to właśnie na ludzi, którzy mieli w swoim życiorysie doświadczenie kibicowania można było liczyć. Innym przeważnie brakowało przekonania, inicjatywy, odwagi, czasu.

PZPN kontra kibice

"Kiedy umrę, pochowajcie mnie na polu karnym Cracovii, jeszcze po śmierci będę jej bronił" - pisał na emigracji w Londynie Zygmunt Nowakowski. Przedwojenny wiceprezes Cracovii był jednym z najdowcipniejszych felietonistów tamtych czasów, a oprócz tego dyrektorem Teatru Słowackiego i szefem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. To były czasy, kiedy redaktorami naczelnymi "Przeglądu Sportowego" byli kolejno pisarz Ferdynand Goetel i poeta Kazimierz Wierzyński. Notabene nie były to lata wolne od kibicowskich awantur - jak wspominał Nowakowski, przed krakowskimi derbami Cracovia-Wisła wszyscy "chodzili jak pijani albo pijani" i "dochodziło do krwi rozlewu, niekiedy w samym centrum miasta, głównie na przedmieściach, których nazwy mile pieszczą ucho, odznaczając się dźwiękiem szczególnie łagodnym: Zwierzyniec, Krowodrza, Grzegórzki. Zakrzówek, Czarna Wieś, Czarny i Czerwony Prądnik".

Moje pokolenie kibiców zetknęło się ze zdecydowanie innym środowiskiem działaczy sportowych. I nigdy nie miało złudzeń co do korupcji w polskiej piłce i pokroju osobników nią rządzących.
Rok 1984. Korespondencja z Moskwy w katowickim "Sporcie". "Chyba każde polskie dziecko wie coś o postaci Feliksa Dzierżyńskiego, wybitnego rewolucjonisty, bliskiego współpracownika Lenina. Sądziłem, że i ja wiem o nim niemało. Musiałem jednak przeżyć chwile wstydu..." - pisze dziennikarz Michał Listkiewicz. Znaliśmy te cytaty.
Działacze sportowi to był trzeci rzut karierowiczów z PZPR i jej młodzieżowych przybudówek. Trafne porównanie obecnego stanu tego środowiska przedstawił Mieczysław Piotrowski, niegdyś jeden z czołowych polskich sędziów, który w 1993 r. zrezygnował z sędziowania w proteście przeciw korupcji w polskiej piłce. To tak, jakby w polityce w 1989 r. władzę z rąk Jaruzelskiego przejął od razu Kwaśniewski. Zero zmian kadrowych. PZPN pozostał skansenem, który w nowe czasy przeniósł wszystkie patologie z czasów PRL i wzbogacił ich arsenał o nowe, związane z dopływem gotówki.
Słysząc o aresztowanych w ostatnich łatach działaczach PZPN, przypominałem sobie, czego na moich oczach dopuszczali się bezkarni i wszechwładni wówczas sędziowie piłkarscy Marian D. czy Wojciech R. I jak stojący tuż obok mnie kibic rzucił w bezsilnej złości w pana R. zdjętym z nogi butem.
Po 1989 r. media trąbiły o rzekomo powstającym społeczeństwie obywatelskim. W rzeczywistości wszelkie oddolne inicjatywy obywatelskie walczące z patologiami tłamszono w zarodku. Patologia piłkarska to jedna z nielicznych, która trafiła na zorganizowany opór zainteresowanych. Stadiony to jedne z niewielu miejsc, gdzie społeczeństwo obywatelskie zadziałało.

Kiedy w 1997 r. Jacek Dębski został ministrem sportu i wydawało się, że chce zrobić porządek z PZPN, na wszystkich stadionach skandowano jego nazwisko. Widząc, że praktycznie wszyscy kibice opowiadają się za zmianami, także media ostrożnie i umiarkowanie (w PZPN redaktorzy od sportu miewali kumpli) opowiedziały się po ich stronie.
Owi uważani przez media za tępaków kibole nie dali się nabrać na wszystkie obecne próby przebierania się PZPN-owskiego wilka w skórę jagnięcia. Listkiewiczowi nie pomogły w ich oczach żadne medialne triki. Nie pomógł mu nawet autentyczny sukces, gdy Polska dostała Euro 2012. Super, że mamy Euro, ale nie zmienia to nic, jak chodzi o potrzebę pogonienia mafii z PZPN - odpowiadają kibice.

Nie mam wątpliwości, że to kibice i ich samoorganizacja wymusiła na mediach ich obecny krytyczny stosunek do PZPN. Redaktor Rafał Stec z "GW" nie zdaje sobie sprawy, że gdyby nie zwalczani przez niego "kibole", to być może nie mógłby dziś pisać w "GW" swoich krytycznych komentarzy o dinozaurach z PZPN. Przecież jego poprzednikiem w "GW" był... Michał Listkiewicz, który pisał felietony na początku lat 90. Wielce prawdopodobne, że gdyby nie nacisk złych "kiboli". to "GW" broniłaby dziś działaczy piłkarskich, jak broni zdegenerowanych postkomunistycznych elit prawniczych czy uniwersyteckich.

Cdn.
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
Makary
88888888



Klub: Lublinianka Lublin
Skąd: Wschód
Wysłany: 2008-04-18, 14:02   

Cd.

Policja - jak za czasów MO

Siłę kibicowskiej społeczności władza odczuła w 1998 r., gdy w Słupsku policjant zabił 13-latka Przemka Czaję. Policja i prokuratura ustaliły już, że chłopak zabił się, bo wpadł na słup.
Wydarzenia, w których miałem okazję uczestniczyć - przyjazd tysięcy kibiców, cztery dni manifestacji na ulicach i poparcie udzielone kibicom przez zwykłych mieszkańców - zmusiły prokuraturę, by przyznała się do "pomyłki". Wtedy za kibicami opowiedziała się też znaczna część mediów. Mam wrażenie, że gdyby do podobnych wydarzeń doszło dziś, gdy szaleje kampania przeciw "Kibolom", reakcja mediów byłaby zdecydowanie słabsza.

Dziś w ruchu kibicowskim zaszły wielkie zmiany i kibice, choć nie są bez winy, to rozrabiają znacznie rzadziej, jednak ich relacje z policją nie poprawiły się ani trochę. Na moim stadionie rozróby skończyły się, gdy... wycofała się z niego policja, zastąpiona przez ochronę zorganizowaną przez samych kibiców.

Poprawę tych relacji uniemożliwia przede wszystkim postawa policji, która zamiast profesjonalnych działań zbyt często stosuje, ochraniając mecze, metody rodem z głębokiego PRL. Skoro media piszą, że kibole to bandziory, to tym bardziej bezkarni czują się w relacjach z nimi policjanci. Wszak społeczeństwo oczekuje twardej postawy wobec bandziorów. Niestety, nazbyt często policja rozumie to zgodnie z zasadą "hulaj dusza, piekła nie ma". Ponieważ nie potrafi złapać prawdziwych sprawców rzadszych dziś przestępstw czy wykroczeń, łapie kogokolwiek i stawia mu kryminalne zarzuty. Co zrobi wobec braku dowodów prokurator? Na dwoje babka wróżyła, może przestraszyć się zarzutu mediów, że wypuszcza bandziora.

Od znajomych jeżdżących na "wyjazdy" nasłuchałem się ostatnio np. takiej opowieści: kilku młodych kibiców wyniosło, dla wygłupu, ze sklepu czekoladę truskawkową. Przyjechała policja. Jadący pierwszy raz od wielu lat na mecz mój rówieśnik poczuł się w obowiązku wyjść z autokaru i uspokoić nastroje, płacąc za szkody spowodowane przez małolatów. Gdy tylko wyszedł z autobusu, został aresztowany za... kradzież oraz groźby karalne wobec ochrony.

Po niedawnym meczu Legii Warszawa z Jagiellonią Białystok policjanci mieli pecha. Gdy pociąg z kibicami został obrzucony kamieniami, otoczyła go policja. Ponieważ stał on godzinami w polu, do policjantów wyszedł jadący w jednym z przedziałów razem z prezesem klubu radny LiD Krzysztof Bil-Jaruzelski. Policja, nie wiedząc, kim jest, natychmiast go aresztowała. Media poinformowano, że "próbował zniszczyć drzwi pociągu i wybić w nich okno".
Tymczasem według relacji kibiców, to policjanci wrzucający gaz łzawiący do pociągu zniszczyli drzwi. Sam radny relacjonował: "Po trzech godzinach postoju, w środku nocy próbowałem zapytać policjantów, co się dzieje i jak długo będziemy jeszcze stać. Ale z nimi nie dało się rozmawiać. Po chwili zostałem wywleczony z wagonu".
Z uwagi na pomoc prawną, jaką dysponował radny i brak jakichkolwiek dowodów jego winy, prokuratura go nie aresztowała. Gdyby na jego miejscu był zwykły kibic, z pewnością czekałby go trzymiesięczny areszt.

Cdn.
_________________
"The truth is incontrovertible, malice may attack it, ignorance may deride it, but in the end; there it is."
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template TeskoGreen v 0.1 modified by Nasedo